NASTY – Realigion (BDHW)

Europejski hardcore w końcu w natarciu. W natłoku pyt z juesej, giganci naszej sceny z Nasty odpowiadają albumem, który powinien rozkwasić nosy i przyprawić o ból uszu wszystkich przeciwników, tego mniej „technicznego” napierdalania. Kwadratowe riffy belgów w połączeniu z nieziemsko wkurwionym wokalem Mathiasa i lekko, zaznaczam, lekko slayerowskim sznytem w niektórych numerach rozstawia po kątach dużo „ciekawsze” ekipy. Dawno nie słyszałem takiego łomotu, który choć nie ma w sobie krzty oryginalności, umila mi czas od kilku tygodni.

Panowie za nic w świecie nie chcą zmienić formuły, której podwaliny dali ponad dekadę temu, zmieniając oblicze topornego, beatdownowatego hc. Im więcej u Belgów breakdownów, im więcej zwolnień i moshowych partii, tym lepiej, ale kiedy przyśpieszają, czapki z głów. Nie bez kozery to właśnie scena h8000 rządzi na Starym Kontynencie, a „nowości” i „dziwactw” poszukuje się na Wyspach. Jedyny minus „Realigion”, a zarazem jego największa zaleta, to wtórność, powtarzalność i jeden, stały poziom agresji, modyfikowany mniej lub bardziej thrashowymi momentami i 2-stepowymi przeplatankami (m.in. z udziałem JJ’a Peteresa z Deez Nuts).Nasty

Panowie mają gdzieś trendy, i jedyne co pozwala ich przypisać do nowoczesnego grania to brzmienie (ale za to jakie!) i chwała im za to. W tak prostej muzyce liczy się atak i wygar, a tego tutaj w bród. Ostatnio nie po drodze mi z pogmatwanym graniem, stąd dawka prymitywnego nihilizmu z kraju frytek pasuje mi jak ulał.

Grzegorz Pindor

Cztery i pół