NAGROBKI – Granit (BDTA)

Najlepsze są nagrobki granitowe, w branży pogrzebowej prawda to powszechnie znana. Także „Granit”, choć może więcej na nim z pozoru nieprzebytych instrumentacji, a mniej czystych, turpistycznych przebojów, jest albumem bardzo dobrym. W tym jesteśmy z kolegą Grzegorzem zgodni. Różni nas stosunek do wcześniejszych dokonań trójmiejskiego kolektywu oraz do (nie)sławnej „Załogi G”. Chcę być skremowany, a nie pochowany, on zaś nie chce myśleć o śmierci, choć chwali sobie „Testament mój”. Paradoksy.

Adam: No dobrze, kolego: „Stan Prac” czy „Granit”? I dlaczego ten drugi?

Grzegorz: Nie wiem, czy akurat „Granit” jest lepszy, ale na pewno inny. Dodali dęciaki, a może po prostu dali im (kolegom) więcej miejsca do pokazania swoich umiejętności, nie są tak dekadenccy, jak na „Stanie Prac” i nabrali wiatru w żagle – raz grając niemal metalowo, to trzymając się buntowniczej formuły tylko dlatego, żeby z tych „piosenek” wyszła połamana, miejscami mocno nieprzystępna magma. Nagrobki nie są łatwe w obyciu.

Adam: To prawda, ale mimo wszystko, ta nieprzystępność zdecydowanie bardziej przemawia do mnie właśnie w wydaniu granitowym. Na „Stanie Prac” też się elementy okołojazzowe pojawiały, ale wtedy traktowałem to bardziej jako wybryk natury, rzecz zupełnie niepasującą do tej muzyki. Tutaj wszystko się zgadza. Albo oni dojrzeli, albo ja.

Grzegorz: Chyba Ty. W takim krypto-dziennikarskim opisie grupy jest coś o black metalu. Są odważni jak muzycy bratający się z rogatym, nadal szukają, ale nie błądzą.

Adam: Masz pewnie sporo racji, ale sprawdziłem- również dziś „Stan Prac” nie zachwyca mnie ani w części tak, jak nowy album. W każdym razie: tak, są odważni, ostatecznie to chyba płyta nieco mniej przebojowa niż poprzedniczka. Więcej tu tej magmy, jak to ładnie określiłeś, ale oj, warto się przez nią przedzierać. Co do black metalu – pokrętnym tokiem myślowym doszedłem do „Światu jest wszystko jedno”. A w zasadzie do tego, że „Matka jedyna” jest, moim zdaniem, klimatycznie żywcem ze wspomnianej płyty wyjęta. Dziwne skojarzenie.

Grzegorz: Bo to jest na swój sposób podobna muzyka. Zimna, trudna, wymagająca innego podejścia. To nie jest skoczne granie do piwa i moshu na koncertach, a furtka do improwizacji i snucia gęstszych opowieści.

Adam: Mimo wszystko, „Granit” wchodzi łatwiej. Nie mówię, że lepiej, ale jednak przez album W~T~Z przedzierałem się nieco dłużej. Ostatecznie Nagrobki wciąż piszą naznaczone turpistycznym chłodem hity, a że obleczone jest to w większą, niż ostatnio dawkę smutku i sporo dziwnych, jazzowych instrumentacji, nie są to hity aż tak oczywiste. Ach, zapomniałbym o pięknych syntezatorach w „To był tylko cień”, jeśli już mowa o tych nowościach. Przypomniał mi się, he he, zespół Hurt (ten polski).

Grzegorz: Nie wiem, skąd to skojarzenie. Zresztą, Hurtu, tego od Załogi G (śmiech) nie ma za co pamiętać. A Wędrowców, czy Węrujący Wiatr, Licho i wiele innych, na pewno za kontrowersyjność i swoisty pierwiastek teatralności. Nagrobki też mają to w sobie. Dla mnie im mniejszy lokal, w którym brzmi taka muzyka, tym lepiej.N

Adam: Było u nich trochę podobnych dźwięków, wiesz, najbardziej odruchowe, pierwsze skojarzenie… Ja akurat „Załogę G”, a raczej „Czat”, bo tak się ta płyta nazywała, na swój sposób lubię. Czy to już podchodzi pod guilty pleasure? (śmiech) Masz rację, chciałbym zobaczyć ich w małym, dusznym klubie. Zresztą… duże im raczej nie grożą, prawda? Tylko jedno mnie zastanawia: teraz, gdy wszystkie te jazzy stanowią jeszcze ważniejszą wartość tej muzyki, jak ten materiał wypada na żywo, gdy grają standardowo – w duecie?

Grzegorz: Grożą, ale festiwale, był Off i Opener, zobaczymy co dalej. Pewnie Soundrive. Regularny koncert to ponoć bardziej widowisko pełne zwrotów akcji. Panowie lubią popuścić wodze fantazji i nie trzymają się piosenkowej formy. To stąd te skojarzenia z progiem… Rockiem, metalem, nieistotne.

Adam: No cóż, co by to nie było – z chęcią bym tych zwrotów akcji doświadczył. Mimo wszystko, na pewno w „pełnym” składzie (takim słyszalnym na płycie) byłoby to prawdziwe trzęsienie ziemi, szaleństwo i rozpierdol. Aż ciężko to sobie wyobrazić. Dobrze, co w takim razie najbardziej Cię w tej płycie ujęło? Albo inaczej – czy umiałbyś wyróżnić ulubione numery?

Grzegorz: O, bawisz się w Lercha (śmiech). „Testament Mój”, bo na koniec są blasty i bije od niego wkurw, a poza tym, ma dziwnie nostalgiczny wydźwięk, i „Co z nami będzie”. Ten wers ciągnie się jak mantra.

Adam: Mnie zdecydowanie najmocniej kopie zamykający „Nie będzie już nic”, właśnie ze względu na taką nostalgię. No, jestem w stanie im uwierzyć, że to ostatnia piosenka na ostatniej płycie, a chyba o to chodziło. Może „To był tylko cień”… Ale w zasadzie ostatnia to mistrzostwo świata, reszta raczej trzyma równy poziom. Wspomniałeś o „Co z nami będzie”- muszę przyznać, że gdy po raz pierwszy usłyszałem te harmonie wokalne we wstępie, wiedziałem, że będzie dobrze. Lepiej, niż poprzednio. Taka mała rzecz, a cieszy…

Grzegorz: Cieszyłby mnie gig Licho z Nagrobkami. Pogrzeb w Karczmie i dekadencja. Nic tylko wznieść toast za koniec ludzkości.

Adam: No właśnie, koniec ludzkości… Apokalipsa w ostatnim numerze trafiła w środek tarczy, a tak generalnie rzecz ujmując – przekonuje Cię to całe nekropolo? To specyficzne poczucie humoru, otoczka? Świat, w którym chciałoby się zanurzyć? Mniemam, że tak. Mnie po części też, przekonałem się do muzyki, za tym poszła więc cała reszta.

Grzegorz: Najpierw było polo, i tańce po wódce, a potem nekro (śmiech). Wiesz, tutaj liczy się dystans, możliwość żonglowania konwencją i zabawa nierzadko niezbyt ładnym dźwiękiem. Kupuję to, bo, zwyczajnie, mogę. Podoba mi się, i mam gdzieś czy siedzi to innym. A biorąc pod uwagę „sukces” Nagrobków, to wielu podziela moją opinię.

Adam: Jasne. I ja, chcąc, nie chcąc, dołączam do grona szalikowców Nagrobków. Poprzedni album, moim zdaniem, nie dorósł do hajpu, jaki wokół niego rozpętano. W tym wypadku mam obawy, by nie było sytuacji przeciwnej. Choć ostatecznie to raczej sprawa drugorzędna. Wiesz, gdy pojawił się pierwszy singiel z „Granitu” i usłyszałem słowa „ta piosenka będzie o czymś bardzo miłym/ jak piesek, jak róża, jak ty„, to – możesz się śmiać – uderzyło to z wielką siłą gdzieś w moją resztkę wrażliwości dziesięciolatka, jaką chyba każdy w sobie chowa. Duże przeżycia. No i tak konkludując – niewiele jest w sumie krążków, które dają radę jednocześnie dobitnie poharatać dziecięcą wrażliwość, wprowadzić w głęboką melancholię (utwór zamykający) i zachęcić do nieskrępowanego śpiewania, że chcę być skremowany, a nie pochowany. Mocna to płyta.

Grzegorz: Ja dam sobie jeszcze czas na pożegnanie z tym światem, poza tym, chciałbym jeszcze niejedno od nich usłyszeć. W tej magmie leży sporo dobrych dźwięków, które dopiero zostaną nam przekazane. Może w formie sztuki teatralnej, wszak pracują przy dwóch, a może jeszcze inaczej? „Granit” na chwilę obecną to szczyt możliwości, ale i kawał pierwszorzędnej alternatywy. To lubię.N

Adam: Oj tak, zaostrzyli apetyty. Kto wie, może nawet wybiorę się na sztukę „Słowo o Jakóbie Szeli”, do którego napisali muzykę. Rok temu wyśmiałbym kogoś, kto powiedziałby, że dla Nagrobków pójdę do teatru… Cóż, wszystko płynie. Szczyt możliwości? Owszem, po dłuższym obcowaniu z płytą można odnieść wrażenie, że wszystko jest tutaj na swoim miejscu, ale czy myślisz, że w takiej formule już lepiej nie można? To co, wezmą ostry zakręt, czy będą kontynuować ten kierunek? To jest pytanie o przyszłość, jeśli znów zawiało Arkiem, to wybacz. (śmiech) Ale ma pewnie czkawkę przez nas…

Grzegorz: Ale Arek ma przeważnie rację, kiedy pyta w ten sposób. Cóż, ja, choć prywatnie wszystko planuję z wyprzedzeniem, w muzyce lubię „tu i teraz”, więc nie podejdziesz mnie!

Adam: Coś w tym jest, nie wiadomo, czego po nich oczekiwać, więc chyba lepiej nie łamać sobie nad tym głowy i cieszyć „Granitem”. Dla mnie to bardzo miła niespodzianka, dla Ciebie – bardziej jednak „spodzianka”. Nie wiem, kto wyszedł na tym lepiej. Nieważne.

Grzegorz: Ale czekaj, bo ciekawość to jedno, oczekiwania drugie, a nie powiedziałeś, czy tak naprawdę lubisz dęciaki? Country, to wiem, ale… ?

Adam: Hm, jakimś psychofanem nie jestem, żeby na słowo „dęciaki” podchodzić do materiału z przesadnym entuzjazmem, ale… dobrze użyte robią robotę. Bardziej wymijająco się pewnie nie dało. W każdym razie, „Granitu” bez ich udziału nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Czasem są gdzieś w tle, czasem wariują na pierwszym planie, a zdarza się, że pogrzebowo bujają (cóż to za zlepek…). Wypadają mistrzowsko, bez nich byłaby to zupełnie inna płyta, bo i stężenie całkiem spore.

Grzegorz: Dlatego, jak sami twierdzą, płyta to tylko zapis na otarcie łez, po genialnym ale znacznie surowszym koncercie. W obu przypadkach „Granit” zasługuje na pomnik.

Rozmawiali Grzegorz Pindor i Adam Gościniak