NADER SADEK – Living Flesh (Nader Sadek)

Ambicje tworzenia sztuki wysokiej zazwyczaj kłócą się z samą istotą metalu. W większości przypadków ich owocem są zdeformowane muzyczne bękarty, które posiłkując się niezdarnie elementami jazzu, rocka progresywnego czy post punka próbują za wszelką cenę pozbyć się łatki „muzyki młodzieżowej”, ku uciesze równie zakompleksionych jak muzycy fanów. W przypadku Nader Sadek balon artyzmu nie osiąga na szczęście niepokojących rozmiarów i cała ta ambitna otoczka stanowi jedynie intrygujące tło dla solidnego deathmetalowego rzemiosła. Można co prawda zastanawiać się, czy uzasadnione jest wydawanie płyty koncertowej przez zespół z zaledwie jednym studyjnym albumem na koncie, ale nie zapominajmy, że nikt tu nikogo nie zmusza do kupowania, ani nawet do słuchania.

„Living Flesh” jest zapisem pierwszego koncertu Nader Sadek, odegranego w składzie znanym z debiutanckiej płyty, tyle, że poszerzonym o dodatkowego gitarzystę (w tej roli Sean Frey) i wokalistkę Carmen Simoes. Obecność tej ostatniej może nieco niepokoić, ale jej operowe zaśpiewy pojawiają się okazjonalnie i wbrew pozorom całkiem nieźle komponują się z „sadkowym” death metalem. Momentami jej głos przywodzi nawet na myśl Diamandę Galas, co świadczy o tym, że jej obecność nie ma na celu uczynienia tej muzyki bardziej „strawną”. Cieszy także dość surowe brzmienie całości, dające wrażenie obcowania z autentycznym zapisem koncertu. Jeśli nawet zastosowano tu jakąś studyjną obróbkę, to uczyniono to w sposób, który nie kastruje zapisu dźwiękowego z koncertowej energii. Mamy więc wrażenie lekkiego chaosu, częściej spotykane na dobrej jakości bootlegach niż oficjalnych albumach tego rodzaju. Dodatkowym plusem jest to, że wersje koncertowe tych utworów różnią się nieco od studyjnych, przez co całość jest o dobre 10 minut dłuższa niż zawierająca te same utwory „In the Flesh”. Jedyne, do czego bym się tutaj przyczepił, to trochę niepotrzebne, kilkuminutowe perkusyjne solo. O ile podczas samego koncertu mogło to mieć jakieś uzasadnienie (choćby moment oddechu dla pozostałych muzyków), to w przypadku zapisu dźwiękowego sprowadza się to niestety do roli nudnego wypełniacza. Wszyscy zainteresowani wiedzą, że Flo Mounier to świetny bębniarz, więc nie ma potrzeby by podkreślać to dodatkowo z pomocą ciągnących się w nieskończoność, abstrakcyjnych perkusyjnych figur.

Płyty koncertowe z metalem rzadko kiedy darzone są wielką miłością, bo ciężko oddać atmosferę występu bazując na samym zapisie dźwiękowym. „Living Flesh” broni się na tle innych tego typu wydawnictw swoją energią i wrażeniem autentyzmu tego zapisu. Słuchacz ma możliwość poczuć zaangażowanie muzyków w generowane przez nich dźwięki, a nie tylko chłodno ocenić, czy są w stanie bezbłędnie odtworzyć to, co słychać w nagraniach studyjnych. Dodatkowo jest to podobno ostatni występ zespołu ze Steve’em Tuckerem za mikrofonem, więc zapis ten ma dla fanów podwójną wartość historyczną. Tych, którzy nie poddali się urokowi „In the Flesh”, ta płyta pewnie też nie przekona, ale dla pozostałych ma szansę być czymś więcej niż tylko małym przystankiem w oczekiwaniu na kolejny studyjny album. A dla innych deathmetalowych zespołów lekcją tego, jak powinien brzmieć zapis koncertu.

Michał Spryszak

Pięć