NADA SURF – Never Not Together (City Slang)

Nada Surf powraca ze swoim, bagatela, jedenastym albumem i po  raz kolejny dostarcza wiadomej muzyki bez w zasadzie jakichkolwiek odchyłów. Tu się nie wymyśla za każdym razem prochu, nie kombinuje i nie próbuje kogokolwiek zaskoczyć. Tu się proszę państwa, pisze ładne piosenki. Tu się gra dobrego indie rocka.

Zastanawiałem się, czy jeszcze pojawiają się takie płyty. Płyty ładne. Płyty, które – jak pisałem w recenzji poprzedniego krążka „You Konow Who You Are” – zapewniają odpowiedni poziom serotoniny we krwi. Bez jakichkolwiek aspiracji do zwyciężania świata. Nada Surf to przykład idealnego indie, które kiedyś, kiedy startował zespół REM, nazywało się rockiem koledżowym. Gitarowa alternatywa w jej najsubtelniejszym wydaniu. Częściej sięgająca po akustyczne gitary i bardzo ostrożnie obchodząca się z przesterami. A przede wszystkim nasiąknięta subtelną melodią, gdzieś na przecięciu alt country, gospel i bluesa. Melodie na tej płycie są nienachalne, żadne tam bombastyczne refreny, ale ładne, bardzo smaczne harmonie, które zyskują z czasem i nie zapomina się ich zbyt łatwo. Choć nie jestem w stanie powiedzieć czy jest tu jakiś jeden kawałek, który może stać się przebojem.Annie_Dressner 476A1811-3 Small

Czym różni się nowa płyta od swojej poprzedniczki? Wydaje mi się, że tym razem zespół, mimo wszystko, postawił na nieco bardziej rozbudowane – choć i tak proste – kompozycje, skutkiem czego trafia się tu nawet numer przekraczający sześć minut (świetna „Mathilda”). Nie ma mowy o muzycznej ekwilibrystyce, ale jeśli przyjrzymy się np. partiom basu, odkryjemy bogactwo dźwięków. Niby proste, ale z finezją i pomysłem zagrane. W zasadzie dotyczy to każdego instrumentu, i uważam, że to jest właśnie sztuka – stworzyć proste piosenki, które są wykonane ze smakiem i kunsztem instrumentalnym, bez popadania w przesadę. W zasadzie jedynie miejscami nieco nerwowy jak na ten materiał „Something I Should Do” i kończące płytę numery (wspomina „Mathilda” i „Ride in the Unknown”) mogą pochwalić się mocniejszym brzmieniem gitarowym, reszta to w zasadzie wariacje na temat wczesnego REM, zwiewne i mięciutkie. „So Much Love” to już klasyk, nostalgiczny „Live Learn and Forget”, radiowy banger „Just Wait”, podniosły „Looking for You” to esencja płyty.

W zasadzie nie widzę tu punktów słabych, choć wiem też, że dla niektórych może być to ogólnie słaba czyli nudna płyta. Jeśli macie deszczowo-kawowy, smęciarski nastrój to poszukajcie tego niepozornego krążka, opatrzonego akwarelowym malunkiem Melissy Unger. Przyjemna, nienachalna, niepotrzebna płyta, którą z przyjemnością wałkuję.

Arek Lerch 

Cztery i pół