MYRKUR – M (Relapse)

W recenzji debiutanckiej ep-ki Myrkur, wyraziłem nadzieję, że skoro pani Amalie Bruun znalazła pomysł na swoją artystyczną drogę, wystarczy poprawić brzmienie i produkcję oraz uwypuklić ciekawy pomysł na połączenie metalu i ambientowo-shoegaze’owych naleciałości, by otrzymać w efekcie coś unikatowego. Jest unikatowo? Prawie…

To nieprawda, że rock powoli przemija. Gitary i bębny zawsze będą w cenie i zawsze znajdą się gotowi, by na nich pohałasować. Mniej przejrzyście robi się, kiedy zaczynamy mówić o inspiracjach, poszukiwaniu i oryginalności. W takim kontekście można zrozumieć narzekania na kondycję muzyki gitarowej. Fakt, że coraz częściej mamy do czynienia z muzyczną archeologią, najlepiej świadczy o histerii, jak ogarnia twórców goniących za nowym. Brutalnie mówiąc – nic takiego już się nam nie przydarzy. A taki debiut jak „M“, tylko mnie w tym utwierdza. I wcale nie dlatego, że to zła płyta. Na debiutanckiej ep-ce Amalie nakreśliła schemat poszukiwań, intrygując dość absurdalnym połączeniem ambientu, shoegaze’u i black metalu. Nieco nieporadnym brzmieniowo, ale pomysłowym i dobrze rokującym na przyszłość. Dzisiaj, kiedy mamy w łapach debiutancki długograj, widać, że podejście do muzyki jest ciekawe, ale za dużo tu dłubania w szczegółach, bez spojrzenia na całokształt. Co nie zmienia faktu, że „M“ to płyta, której warto posłuchać.Myrkur

Najpierw ewidentne plusy: poprawiło się brzmienie, jest mocniejsze, bardziej wyraziste, wreszcie zadbano o stronę rytmiczną, ponownie dobrze eksponowane są partie wokalne. Jak na debiut, płyta została dobrze rozegrana, bo zadbano o zróżnicowanie, choć niewątpliwie do głosu doszła miłość ku mocniejszemu łojeniu. Dlatego na pierwsze miejsce wysuwa się jednak black metal (chociażby „Hævnen“), wyraźnie akcentuje swoją obecność w grze perkusji i w masywnych, złowieszczych partiach gitary. Tak zaskakujące mariaże blacku z shoegaze’m, na co bardzo liczyłem, w zasadzie pojawiają się tylko w „Jeg er Guden, I er Tjenerne” i „Dybt i Skoven”, który to znalazł się już na ep-ce, dlatego nie jest żadnym zaskoczeniem. W pozostałych przypadkach ataki surowej czerni przerywane są min. fragmentami na głos i fortepian („Nordlys” czy „Byssan Lull”), czy zawodzeniami nimfy w „Vølvens Spådom”. W tym kontekście najciekawiej robi się chyba w otwierającym płytę „Skøgen Skulle Dø”, gdzie udało się wymieszać wszystkie elementy tworząc coś w rodzaju alternatywnej interpretacji straszaków z Gnaw Their Tongues. Niby wszystko się zgadza, dużo się tu dzieje, nastroje zmieniają się jak w kalejdoskopie, ale… nie ma w tym wszystkim jakiegoś obrazoburczego podejścia do dźwięków, aroganckiego poprzestawiania wszystkiego do góry nogami. I w tym momencie zaczynam się zastanawiać, czy nie jest to wina przyjętej formuły – jednoosobowego zespołu, gdzie wynajęci muzycy realizują zamysły lidera. Może zabrakło zdrowej dyskusji i kłótni a zostało tylko rzemiosło? Nie powiem, sprawne a miejscami rewelacyjne, ale nie ratuje to ogólnego wrażenia trochę przypadkowej zbieraniny, której nie zdążono jednak lepiej poukładać.

Jestem trochę rozżalony, bo ostrzyłem sobie na płytę zęby, a dostałem produkt dobry, ale nie wybitny, na jaki się zapowiadał. I choć od czasu do czasu z przyjemnością posłucham leśnych zawodzeń elektryzującej pani Amalie, czekał będę na kolejny materiał, który być może dotrze do sedna.

Arek Lerch

Cztery