MY OWN GRAVE –  Necrology  (Pulverised)

„Matko Bosko kochano, Chrystusie Niebieski” chciałoby się zakrzyknąć za legendą internetowej młodzieży. Ale jakich innych słów można by użyć po konfrontacji z ‚Necrology’ szwedzkiego My Own Grave? To proste: WOJNA!

Panowie znaleźli się bardzo blisko perfekcji, niemalże otarli o death metalowy absolut, rozpierdalając swoją nową płytą wszystko to, co nie zamieniło się w kupę gruzu na ich debiutanckim długograju. ‚Necrology’ to skondensowana, kurewsko brutalna dawka śmiercionośnych dźwięków w duchu nagrań Bloodbath, Unleashed czy starych płyt naszego Vader. Bezsensem jest rozbieranie tego krążka na części pierwsze, bo każdy z 11 umieszczonych na nim numerów jest potencjalnym death metalowym hitem, wybijaczem zębów, wojenną pożogą i cierniem w chrystusowej skroni. Śmierć i bitewny zgiełk to jedyne co interesuje Szwedów, a zarazem temat przewodni każdego z wypalonych na kompakcie numerów. Tu nie ma dominant, wybijających się utworów czy diabelskich perełek – ‚Necrology’ to 38 minut śmiercionośnej choroby, która zwalnia tylko po to, by Anders Härén mógł fascynować adeptów sześciu strun zabawami z wajchą, Mikael Aronsson wypluwać plugawe inkantacje, a sekcja rytmiczna Bergman – Henriksson wbijać w glebę masywnym, zbasowanym brzmieniem (posłuchajcie tylko ‚None Shall See’ albo ‚Disciples of War’, umawiając uprzednio wizytę u protetyka – będzie ona bankowo niezbędna!). Mnogość fantastycznych riffów jest na tej płycie porażająca i każdy miłośnik death metalowych harców powinien postawić My Own Grave mały ołtarzyk, zwrócony w stronę miasteczka Sundsvall, i bić przed nim głową co najmniej 5 razy dziennie, jak czynią to pokorni. Wersy modlitwy będą co prawda inne, ale bałwochwalcze uwielbienie będzie, na wzór zwolenników turbanów, fanatyczne.

Jestem porażony mocą z jaką ‚Necrology’ wali w pysk. Tych czterech Szwedów nagrało płytę, która za kilka wiosen swobodnie znajdzie się w grupie najważniejszych płyt dekady, a kto wie – może także krążków kultowych, których wstyd nie znać. My Own Grave w dzisiejszej formie to mus dla wszystkich fanów brutalnego, buzującego od sterydów death metalu. Kto nie słuchał ten trąba!

Dooban 5,5