MUZZ – Muzz (Matador/Sonic)

Patrząc wstecz, myślę, że punktem wyjścia dla mnie są medytacje na temat zdrowia psychicznego oraz poszukiwanie szczęścia i sposobu, w jaki umysł może na nas grać – mówi o swoim nowym projekcie twarz Muzz, czyli znany z Interpol Paul Banks. Jeśli ktoś ma obawy, że taki fundament zwiastuje jakąś bardzo zakręconą, introwertyczną muzykę, może spać spokojnie. „Muzz” to aksamitna rozrywka, którą Banks zaskakuje, podobnie jak w innym swoim projekcie – Banks&Steelz.

Na początek parę słów na temat listy płac – obok Paula, śpiewającego i oczywiście szarpiącego sześć strun, mamy w Muzz Matta Barricka, znanego chociażby z bębnienia w The Walkmen oraz Josha Kaufmana, który maczał palce w produkcji płyt The National (jest w tym coś symbolicznego), War On Drugs i gra w Bonny Light Horseman. Taki skład coś tam już tłumaczy, choć jak wiadomo, nie zawsze referencje wystarczą, by powstały dobre dźwięki. W tym przypadku zespół symbolicznie zadaje pytanie czym jest współczesny pop i jaki udział mają w nim korzenie muzyki rozrywkowej. Szuka granicy oddzielającej alternatywę od komercji, wyciąga z tych poszukiwań wnioski i dodaje, a jakże, swoje własne doświadczenia. Wychodzi z tego nienachalna, ciepła muzyka, w której, owszem, odnajdziemy kilka tropów, ale i bez tego piosenki bezproblemowo zakotwiczą w głowie. Czy zespół jest blisko ideału, czyli ambitnych kompozycji, które bez analizy i szukania powiązań mogą stać się radiowymi bangerami? Jeśli przyjąć, że ta sztuka prawie udaje się The National, być może i Muzz, brzmiący także w bardzo przyjemny sposób staromodnie, ma na to szansę, choć w dzisiejszym zwichrowanym świecie nic nie jest pewne. Podstawą jest tu oniryczna ballada, półakustyczne indie, przytłumiony klimat, znany z późnych nagrań British Sea Power i aksamit wspomnianego The National – taki miks, oczywiście, kierujący się w stronę przyjemnego mroku, spowija „Muzz”, wyznacza kierunek i co najważniejsze, dostarcza doskonałej i zagranej na najwyższym poziomie rozrywki. Press Photo - Credit to_ Driely S

Zacznijmy od tych ballad. Od razu zwracam uwagę na brzmienie, szczególnie głucho (sucho?) dudniącej perkusji, nie jest to patent szczególnie oryginalny ale do Muzz pasuje idealnie. Gdzieś tam kłania się Cave („Broken Tambourine” zdominowany przez fortepian), otwierający płytę „Bad Feeling” czy okraszony dęciakami przymulony „Patchouli”. Filmowo brzmi „Trinidad”, no i „Summer Love”. Sporo tego smędziarstwa, ale taki już urok tego zespołu, na szczęście, nie są to długie utwory, nie ma wrażenia przegadania, no i jest też trochę dynamicznych historii jak „Knuckleduster”, to chyba jedyny numer, w którym dominuje ostra, rockowa gitara. Najlepsze dzieje się jednak pomiędzy. Czyli wtedy, kiedy aksamitny mrok podbity zostaje dynamiką sekcji, ale nie przechyla się w stronę typowo motorycznego, rockowego nawalania. Czy nie jest to płyta spóźniona, skoro The National oddala się ostatnio od swojego firmowego ponuractwa? W każdym razie, to właśnie takie utwory stanowią o sile tej produkcji.  Wyznacznikiem jest dla mnie „Red Western Sky”, gdzie pobrzmiewa nawet echo Division, „How Many Days” czy „All Is Dead To Me” – to najlepsze przykłady dojrzałego kunsztu kompozycyjnego. Niby nic nowego, wszystko oparte na prostej  i starej jak świat zasadzie: przede wszystkim ma być dobra piosenka. I taki jest Muzz. Nienachalny, staroświecki i być może dzisiaj już niemodny, ale lepiący się do duszy. Trzeba przyznać, że ten skład udowodnił, że piosenka nigdy nie umiera.

Arek Lerch  

Cztery