MUSTASCH – Silent Killer (Sony)

Kolejna płyta Mustasch, a ja kolejny raz łudzę się, że właśnie teraz, tym razem, ta muzyka w kraju nad Wisłą zaskoczy i zainteresuje sobą liczbę ludzi na tyle dużą, aby komukolwiek opłacało się ich do Polski ściągnąć. Póki co jednak Szwedzi pozostają ciekawostką odkopywaną raz na ruski rok na forach czy blogach dla zapaleńców, nigdy jeszcze nie doczekawszy choćby chwilowego hajpu na swoją twórczość. Kolejne wydawane przez nich krążki przechodzą w Polsce zupełnie bez echa.

Jeżeli i Ty, drogi czytelniku, należysz do grona osób niezaznajomionych z muzyką Mustasch, proponuję, jeszcze przed lekturą najnowszego krążka, zapuścić sobie album „RatSafari”. To najlepszy krążek w ich dyskografii, ale też pokazuje drogę jaką przebył zespół. Pewne rzeczy w ich twórczości są niezmienne – choćby zamiłowanie do wpadających w ucho melodii, czy charakterystyczny głos Ralfa Gyllenhammara – ale śledząc kolejne poczynania w ich karierze, nie sposób nie zauważyć sporej zmiany w brzmieniu. Wspomniane „RatSafari” to kopalnia hitów, ale wahadło ustawione było wtedy bardziej na stoner, Danzig czy The Cult, aniżeli melodyjny heavy metal/hard rock, co z czasem się zmieniało. Na „Silent Killer”, 9. krążku zespołu, Szwedzi kontynuują drogę obraną na poprzednim albumie. Riffy mają mniejsze znaczenie i w większości (bo są wyjątki) brak im ciężaru znanego z pierwszych albumów, a bliżej niż do Danzig czy The Cult jest im do Thin Lizzy, czy – zupełnie z innej beczki – Accept. I generalnie przyznam, że sam nie wiem, czy mi się „Silent Killer” podoba. Początkowo byłem totalnie zawiedziony, nie uśmiechał mi się kolejny krok w ten nieco cukierkowaty styl, brakowało mi mięcha, pomysłowych riffów, ale im więcej tej płyty słucham, tym bardziej się do niej przekonuję. Okej, denerwuje mnie zbyt czyste brzmienie, melodie bywają zbyt nachalne, ale jednak stwierdzam, że punkt za którym staliby się już śmieszni nie został nadal przekroczony. Rzadziej niż wcześniej, ale jednak zdarza się Ralfowi i spółce mieć dobre pomysły – choćby kawałek tytułowy, czy będący chwilowym powrotem do cięższego grania „Barrage”. Ot, całkiem przyjemny krążek, ale nie wywala z kapci.Mustasch-handOut

Jeśli się przymknie oko na wspomniane wcześniej mankamenty, załapie się tę nieco glam metalową/stadionową konwencję i jeszcze do tego lubi się heavy metal, to „Silent Killer” może się podobać. To wciąż cholernie energetyczna, rozrywkowa muzyka – nie przeznaczona do tego, aby rozkładać ją na czynniki pierwsze i analizować, a raczej żeby odpalić ją w samochodzie i pośpiewać razem z Ralfem. Niemniej jednak nie jest to poziom „RatSafari”, „Powerhouse” czy nawet wydanego 5 lat temu „Thank You For The Demon”. I jakkolwiek do „Silent Killer” zapewne nie będę wracał często, tak nadal się łudzę, że w końcu przyjadą do Polski.

Paweł Drabarek 

Trzy i pół