MUSE – Drones (Warner Bros/Helium-3)

Dowiaduję się, że Matthew Bellamy wybudował dla siebie schron przeciwatomowy? Wszystkiemu winni „oni”, „orwellowski system”, który kontroluje, ogranicza i w końcu niszczy jednostki. Rewolta to medialnie nośna rzecz. Uwiarygadnia zespół, odróżniając go od setek brytyjskich nudziarzy, którzy zajmują się problemami współczesnej młodzieży. Prawda, która wyzwala, miłość i spisek, który dekonspirujemy – idealna papka dla fanów „Saga Zmierzch”, nadająca życiu jakiś głębszy sens między jedną a drugą przechlaną imprezą. Tym razem fobie Matta przybrały jeszcze bardziej na sile i – ku uciesze fanów Muse z początku ich kariery – wyrazie, bo Matt ponownie uwierzył w rockową piosenkę. Wciąż ostentacyjnie bombastyczną i bezwstydnie przebojową.

„Drones” to album, na którym Muse poniekąd opamiętał się i przywołał do porządku. Bardziej homogeniczny niż trzy ostatnie, oparty w znacznym stopniu na przesterowanej gitarze i militarnych rytmach, ale też nie w oficerskim stopniu, który mógłby wystraszyć dzieciaki z dużymi białymi urządzeniami do odtwarzania mp3. Choć Muse uderza tym razem bardziej zdyscyplinowanie, to nadal głaszcze i przytula wszystkich spragnionych idei mentalnej rewolucji w markowych kapciach. Tym razem na swoim froncie rezygnuje ze stylistycznej pstrokatości, która zdominowała poprzedni album – „The Second Law”. Choć każdy utwór na „Drones” jest Twoim popowym przyjacielem, to brakuje tutaj tego wielkiego, sprzedajnego eksperymentu, na który oburzałem przy okazji premiery poprzednika. Gdzie z początku irytujący „Madness” z przedziwnie ujmującym tekstem? Gdzie dubstepowy „Follow Me” z Mattim w butach Jana Kiepury, który miażdżył i krzepił serca zarazem? Gdy Muse przyzwyczaił nas do patosu „Stawki większej niż życie”, zachciało mu się teraz wypośrodkować swój materiał, któremu z jednej strony blisko do super zwiewności „Starlight” (świetny, singlowy „Mercy”), lecz nadal daleko do studniówkowych rozgrzewaczy typu „Plug-in Baby”. W to miejsce moglibyśmy dostać od Muse coś lepiej wycelowanego, niż trochę jałowy emocjonalnie „powrót do rockowych korzeni” i naśladowanie Briana May’a pod publikę wszystkich stadionów świata. Choć wcześniej i od zawsze Muse bawił się konwencją i trudnił zaborem intelektualnego mienia Queen czy Radiohead, to gdzieś tam, na końcu dnia i początku nocy, było nam wstydliwie blisko do tej niby zaangażowanej muzyki. Z przyjemnością zapominaliśmy o tym, że wypada zachować jakiś umiarkowany dystans do tego pop kulturowego cyrku.MUSE band

Takiemu jak ja dogadzają „JFK” ze ścianą fuzza w stylu Ministry i epicko-mroczny jak na dzisiejszy Muse „The Handler”, w którym wszystkie dźwięki ustawiono wreszcie w jedynie słusznym porządku, ostatnio zastanym na płycie „Absolution”. „Defector” z kolei jawi się jako parodia protest songu, wykonana przez kogoś, kto przedkłada remake „Red Dawn” nad „Full Metal Jacket”. Doświadczymy jeszcze pretensjonalnego „Dead Inside” (ze zwrotką wypożyczoną z „Radio Ga Ga” Queen i sztuczną pompą) oraz „Psycho” – autoplagiat zwrotki z ich przeboju „Uprising”.

Są jeszcze takie miejsca na Ziemi, gdzie ludzie swoje wiedzą i żaden system do nich nie przyszedł. Według teorii Matta prawdopodobnie jeszcze o tym nie wiedzą, tak jak zdalnie sterowany Liev Schreiber w „Manchurian Candidate”. A Mateusz powinien wiedzieć, że to „Drones” będzie funkcjonował dzięki „systemowi” i to o pomoc „systemu” zwróci się Muse, gdy te „zniewolone” jednostki naruszać będą jego prawa autorskie. Do czego nie wolno mi serdecznie namawiać.

Kuba Kolan

Zdjęcie: Hans-Peter van Velthoven

Trzy i pół