MURMUR – Murmur (Season of Mist)

Sto lat temu jazz umilał nam pobyt w domach publicznych, by dzisiaj jako muzyka elit temperować nasze instynkty w filharmonii. O zgrozo, podobny scenariusz życie pisze dla muzyki ekstremalnej. Od spelun Kopenhagi, piwnic Egersund, przedmieść San Francisco po salę koncertową w Oslo, nasz (black) metal przeszedł stylistyczną przemianę, zyskując nowy, merkantylny wymiar. Jeżeli jednak miejsce za jaskółczym odwłokiem dyrygenta wydaje się być miejscem właściwym dla symfonad zespołów pokroju Dimmu Borgir, tak umieszczenie w nim wyszukaństw Murmur to naturalny azyl przed ziewającym metaluchem łaknącym taniego hałasu.

Nie tylko niesforność dźwięków wydobywanych przez instrumentalistów Murmur wypluła ten amerykański zespół na deski mojego prywatnego amfiteatru. Produkcja „Murmur” ze swoim kameralnym pogłosem sprawia, że zespół gra dla nas z pustej sceny. Samotny, w chłodzie, bez oklasków. W przerywanej ciszy przygrywa kwartet na krzesło, moog i werbel, w hallu automat zakrztusił się batonem. Porzucono gdzieś piosenki, w których przegaduje się czas. Ucho wychwytuje gitarowe pochody Roberta Frippa, ucho błądzi dalej po „Thrakattak” i dalej, gdzie Karmazynowym może już się nie chciało albo zbytnio zaśmierdziało trupem. Murmur daleki jest jednak od fascynacji ścierwem. Traktuje je przedmiotowo, zrzuca z dachu budynku, by sprawdzić ile zniszczenia wyrządzi przechodniom. Napędzany Borisowym noise’m czy Demilichową matematyką, nie wali w ryj a w twarz, nie jest wkurwiony – jest wściekle wyalienowany. Bijąca z muzyki Amerykanów brudna elegancja przypomina artystowskie wyczyny Kayo Dot z płyty „Gamma Knife”, gdzie dokonano pełnej syntezy muzyki fusion i black metal. Murmur nie gra, Murmur walczy o życie. Nie interesuje go przefilozofowana dzisiaj wyniosłość Blut Aus Nord. Brudzi sobie ręce, zciera ducha z materią, a te są w ciągłych ruchu. Ów element walki najpełniej oddaje postawa Charlie Werber’a za zestawem perkusyjnym. Pan perkusista herbu Paniczny Werbel wprowadza zespół w rejony gdzie zapuszcza się tylko awangarda – rozmawia z instrumentem, słucha go, pozwala mu mieć własne zdanie, ufając, że z tej jego samowoli pozorny tylko chaos wyłoni nowy porządek. Godna podziwu jest ta ucieczka Murmur przez rockowym/metalowym schematem, która nie jest tylko bynajmniej formą obrony przed nudną zwyczajnością lecz sama staje się tu bronią masowego rażenia.Murmur Band

Jest w tym całym spojrzeniu na drugi krążek Amerykanów z Murmur jakiś ujmujący dysonans między przyjemnie infantylną, sludge’ującą okładką, krótką historią wydawniczą zespołu wskazującą na dzieło pospołu amatorskie, a wyjątkowo dojrzałym graniem, kipiącym od świetnych, nieszablonowych pomysłów. Kiedyś byliby bogami zapomnianymi przez ludzi, dzisiaj „mają aspiracje”. Na to samo wychodzi – nikt tego nie kupi. Ale przecież „warto rozmawiać”.

Kuba Kolan

Cztery i pół