MOTORPSYCHO – The Crucible (Stickman Rec./Rune Grammofon)

Panowie z Motorpsycho różne mieli w swojej historii “fazy”. Grali już stoner metal, potrafili na jednej płycie łączyć grunge’owe przeboje z 17-minutowymi, stonerowo/dronowymi kolosami, mieli też długi romans z indie rockiem, nieco krótsze z jazzem czy krautrockiem, no i niezależnie od tego, co akurat grali, zawsze trochę eksperymentowali. Słuchając dyskografii Norwegów nie sposób się nudzić. 

Od jakiegoś czasu poszli zdecydowanie w rock progresywny/psychodeliczny. Jednak ten ich prog różne ma odcienie, a od poprzedniego krążka zdecydowanie mniej pinkfloydowe i wysmakowane. Mało już w ich muzyce spokojnych, lirycznych momentów, których na “Here Be Monsters” czy “Behind The Sun” było mnóstwo. Zarówno “The Tower” jak i “The Crucible” skłaniają się raczej ku hard rockowi/proto metalowi z początku lat 70., momentami mieszając w to King Crimson czy stoner rocka. Zasadniczo, obie te płyty mocno się od siebie nie różnią. Zespół sam pisze w notce promującej “The Crucible”, że album ten “zaczyna się w miejscu, w którym “The Tower” się kończył”, i rzeczywiście, nowy krążek jest po prostu rozwinięciem pomysłów napoczętych na wydanej dwa lata temu płycie. Motorpsycho

“The Crucible” jest na pewno albumem bardziej spójnym, ale też mniej rozbudowanym niż poprzedniczka. Przyznam, że już podczas lektury “The Tower” myślałem o tym, że troszkę krótszy mógłby być ten krążek – zdarzało mi się raz po raz ziewnąć, miałem wrażenie, że niektóre momenty są tam na siłę poupychane. Nowy album jest pod tym względem idealny – nie zdążymy się tymi rozbudowanymi suitami zanudzić, ale też po lekturze albumu nie czujemy niedosytu. A jaka jest ta płyta pod względem muzycznym? Cóż, bardzo… retro. Szczególnie na “Lux Aeterna” zespół brzmi jak cover band King Crimson czy innego East Of Eden, ale duch lat 70. unosi się nad każdym z trzech numerów. Oprócz tego jest to album wpadający w ucho. Na pierwszy rzut oka stwierdzenie to może wydawać się dziwne, zważywszy na fakt, iż najkrótszy utwór trwa prawie dziewięć minut, ale… zwyczajnie tak jest. To bardzo przyjemny krążek – nawet te najbardziej kakafoniczne momenty, jak np. rodem z dworu karmazynowego króla solówka w “Lux Aeterna”, trwają stosunkowo krótko i pełnią raczej funckję krótkiego przerywnika niż rdzenia utworu. Z kolei “Psychotzar” nie może nie wwiercić się w mózg słuchacza. Lekki, przyjemnie groovujący, stonerowy riff, oryginalna melodia, sporo zwrotów akcji – trudno żeby się to nie podobało, szczególnie komuś, kto jest fanem wydawanej w tej samej wytwórni formacji Elder. Wszystko to składa nam się na płytę bezpieczną – z jednej strony nie mogącą nikogo rozczarować, z drugiej zbyt oczywistą, aby piać nad nią z zachwytu.

Paweł Drabarek

Cztery i pół