MORZE – Zgrzyty (Nasiono Records)

Klęska urodzaju trwa w najlepsze i ciągle dostajemy do łap nowe i jeszcze nowsze projekty, projekciki, kolaboracje tak beznadziejnie zakochane w hałasie, że aż trudno spekulować, na co liczą. Oczywiście, krajowa alternatywa zawsze byłą płodna, ale ostatnie lata to już boom bezprecedensowy. Dzisiaj dorzucamy do tego tygla kolejną cegiełkę – Morze z Gdańska (nazwa zobowiązuje). I jest to bardzo fajna cegiełka, z muzyką dla paru świrów.

Przyznam, że miałem początkowo problem z płytą. Słuchałem jej w nocy, za dnia, w różnych, życiowych okolicznościach i jakoś nie mogłem połknąć haczyka. Wszystko się zgadzało, proporcje, dźwięki, ale… musiało wreszcie dojść do sytuacji, kiedy wracałem po północy do domu, jadąc rowerem przez półśnięte, ale ciągle pulsujące miasto. I wtedy wreszcie zaskoczyło, dosłownie odjechałem i nie pamiętam, jak znalazłem się w domu. Wpadłem w trip, który był tak intensywny, że mogłem wylądować w zupełnie innym mieście. Np. w Gdańsku. Swoją drogą, najlepszym tłem dla tej muzyki wydają się być właśnie ścieżki rowerowe 3M, najlepsze w kraju, moim zdaniem. Z konkretów warto wspomnieć, że kwartet tworzą Piotr Czarnecki (znany z Towarów Zastępczych), który na potrzeby Morza porzucił wokale i zajął się gitarą, a towarzyszy mu czujna sekcja Jacek Jewula i Paweł Wojciechowski. Na płycie mamy też znamienitych gości – w dwóch utworach pojawia się z gitarą Karol Schwarz (szef Nasiona, wydawca płyty), w pozostałej dwójce popisuje się pięknie saksofonista Tomasz Gadecki (Lonker See). Wyszło to wszystko świetnie.Morze

Co też zatem gra Morze? Na pewno nie jest to spokojna, błękitna toń, ale nie mamy też sztormu. Muzyka to raczej stan narastającej grozy przez pojawieniem się ogromnych fal, kiedy gdzieś z tyłu głowy czujemy niepokój, wiedząc co nastąpi. I ten moment uchwycono na „Zgrzytach”. Nie jestem pewien, czy ten tytuł jest odpowiedni, bo trochę błędnie kieruje nas w stronę noise’u. Fakt, hałasu, przesterów, skręcających nawet w stronę brudnego szugejza, jest tu sporo, całość jest przyjemnie zapiaszczona, ale już sama koncepcja to inna bajka. Dominuje, jak chyba  łatwo się domyślić trans, który zabiera nas w wielominutowe tripy. W zasadzie każdy z numerów mógłby trwać o wiele dłużej, ale chyba chęć wydania ep-ki (35 minut, też mi ep-ka…) zmusiła chłopaków do ograniczeń czasowych. Jeśli szukać jakiegoś porównania, które dobrze zobrazuje stan rzeczy, napiszę w ten sposób – jeśli zachwyciliście się debiutanckim krążkiem Próchna, bierzcie Morze w ciemno. To ten sam kierunek, podobna estetyka i wrażliwość, choć o ile Próchno jest bardziej wycofane, to Morze ma w sobie nieco więcej agresji, rozmytej za sprawą brudnej psychodelii (ktoś pewnie użyje tu określenia post rock, cokolwiek to znaczy…). W każdym razie, zapraszamy na nadbrzeżny trip. Jedyna uwaga, jaką mam to fakt, że płyta nie ukazała się na nośniku fizycznym. Panie Karolu, jak tak można…?

Arek Lerch 

Pięć