MORODH – The World Of Retribution (Witching Hour)

Zerkając na statystyki WHO, na depresję cierpi około 130 mln ludzi na świecie, czyli prawie 5% populacji. I mało i dużo zarazem, ale jak wiadomo, statystyki kłamią. Niemniej jednak winien to być podatny grunt dla twórców tzw. depressive black metalu, a mimo to gatunek ten zdaje się być niezbyt popularny. Być może większość cierpiących na tą dolegliwość przyjmuje rolę twórców niż słuchaczy? Ale nie o stanach chorobowych, a o muzyce rzecz będzie oczywiście. Morodh, względnie młoda kapela (bo w obecnym składzie działająca od 2012 roku) z miasta Melenki w obwodzie Vladimir w Rosji, para się niełatwą w odbiorze muzyką wpisywaną właśnie w nurt depresyjnego metalu (choć ta szufladka po części jedynie oddaje klimat debiutu). Dziwne, w końcu Rosja posiada z kolei największy odsetek spożycia wódki na świecie (13,9 litra rocznie na łebka), więc winno być względnie wesoło, a tu taki psikus. Z tym większą ciekawością sięgnęłam po najnowszy, a zarazem debiutancki krążek tychże – „The World Of Retribution”, który wydany został przez białostocką stajnię Witching Hour.

Pewnie niewielu słyszało o Morodh i niewielu by usłyszało, gdyby nie fakt, że swój album wydają w polskiej wytwórni. Ja również pierwszą styczność z muzyką tego zespołu z rozległego kraju dywanów na ścianach miałam dopiero przy okazji wspomnianego debiutu. W ogóle, jeśli spojrzeć trochę dalej na wschód, ażeby poszukać czerni, niełatwo sypać nazwami kapel. Był niby taki klimatyczny Walknut, jest ambientowo/black metalowa Epitimia czy All The Cold, ale jakoś ciężko wskazać zespół, który zrobiłby większe zamieszanie w naszym kraju (rozprawiam o szeroko pojętym black, nie folk czy pagan metalu, więc proszę łaskawie nie krzyczeć w myślach: Аркона czy Темнозорь). Tak też na łamach naszego magazynu nieczęsto goszczą zespoły z „imperium Vladimira”. Czy jest więc cień szansy, że Morodh zmieni obecnie panujący trend patrzenia na zachód, lub (jeśli już, to zdecydowanie) bliższy wschód?

Drastycznego zwrotu zapewne nie będzie. Debiut Mordoh nie jest bowiem niczym przełomowym ani unikalnym, co wcale nie znaczy, że muzyka, którą prezentują nasi dalsi sąsiedzi, nie jest dobra. Owszem, jest całkiem przyzwoicie; czarno, depresyjnie i klimatycznie. Panowie nie odbiegają zbytnio od schematów obranego nurtu, a mimo to gdzieniegdzie przemycają różnorakie smaczki okołogatunkowe. Głównym atutem jest fakt, że posiadają skład, co niewątpliwe wpływa na przestrzenność prezentowanej muzyki. Też mi coś – skład, ale jak wiadomo, w muzyce spod szyldu depressive przeważają projekty jednoosobowe (Morodh zaczynał w ten sposób, jako projekt gitarzysty Ragnaara), w których to dana jednostka wylewa swoje smutki, wrzaski, skrzeki i ryki okraszone surowymi dźwiękami instrumentów i zazwyczaj automatu perkusyjnego z lepszym lub gorszym skutkiem. Nie każdy jest wirtuozem poszczególnych instrumentów, przez co jakość bywa wątpliwa, ale niech będzie, że w tych przypadkach liczy się klimat. Na szczęście, Morodh to obecnie pełnoprawny zespół, składający się z czterech panów, którzy idąc wzorem kapel pokroju choćby takiego Totalselfhatred (nie wczesna Katatonia czy Enslaved, wspominane przez promotorów, a właśnie ten zespół nasunął mi się, jako pierwsze skojarzenie) młócą depresyjnie, acz melodyjnie i (co ważne) dzięki swoim umiejętnościom bardzo sprawnie i plastycznie, przez co nie trzeba przedkładać (jak najbardziej obecnego w ich muzyce) „klimatu” ponad zdolności muzyczne.Band

„The World Of Retribution” to niespełna godzina muzycznej wędrówki po emocjonalnych zakamarkach mistycznych inspiracji zaczerpniętych z dzieła Daniila Andreyeva „Roza Mira” (zarówno nazwa zespołu, jak i tytuł debiutu mają swoje konotacje ze wspomnianą książką). Zerkając na dość przewidywalne tytuły kawałków – kolejno: Desperation, Ritalin, Regret, Fatality, Desolation, The End, Loneliness, Lie; można się już domyślić, że będzie posępnie. Tutaj nie ma zaskoczenia. Zewsząd czuć depresyjny i chłodny, niczym rozległe, syberyjskie równiny, klimat. Średnie tempa, nienachlana perkusja, zawodzące wysokimi rejestrami gitary, rozpaczliwe growle i krzyki – to trzon tego muzycznego zamieszania. Nie jest jednak monotonnie ani nudno. Panowie dbają, ażeby urozmaicić swoje granie doom’owymi zwolnieniami, sporą ilością melodyjnych, gitarowych partii i skromnie, choć zauważalnie, wtrącanym dodatkowym instrumentarium. Ponure lamenty wiolonczeli witają nas we wstępie pierwszego kawałka („Desperation”), a płaczliwe klawisze przemycają melancholię do utworów takich jak „Desolation” czy „The End”. Moim faworytem jest jednak najdłuższy numer na krążku – ponad ośmiominutowy „Ritalin”. Zapadł mi on w pamięć przede wszystkim przez świetny motyw przewodni, który rozpoczyna kawałek i powraca w późniejszych partiach utworu. Gdzieś w połowie na chwilę zwalniamy, wyciszamy się razem z szeptanymi przez wokalistę wersami ospale pogrążając się w nostalgicznym niepokoju. Jeśli już wspomniałam o wokaliście (niejaki Astaroth, nie mylić z gitarzystą Besatt, który nie ma z tym zespołem raczej nic wspólnego), należałoby także zaznaczyć, że pokusił się o wtrącenie czystych partii, z całkiem niezłym skutkiem, w „Fatality”, to jednak jedyna taka „odskocznia”.

Największym zarzutem dla debiutu Morodh może być fakt, że oscylują wokół patentów osłuchanych w nurcie melodyjnego depressivu, czy popularnego obecnie post black metalu, jak gdyby dopiero szukali swojej drogi przez mroczne rewiry muzycznej egzystencji. Jednak czy aby na pewno jest to aż tak poważny minus? Niekoniecznie. Czasami zdecydowanie lepiej zagrać coś w bardziej oczywisty sposób, niż przeholować z kombinacjami. In plus, w moim skrajnie subiektywnym odczuciu, jest ogólne wrażenie, że mimo tych dostrzegalnych (czy też przytaczanych) inspiracji, panowie nagrali to, co chcieli nagrać, a w tych poszukiwaniach własnej brzmieniowej tożsamości jest jakaś nieudawana szczerość, przez co całości słucha się… przyjemnie, na tyle, na ile przyjemne dla odbiorcy jest balansowanie na płaszczyznach rozpaczliwych i ponurych dźwięków. Ja tam lubię czasami wykopać dół i zagrzebywać się w nim przy akompaniamencie smutnych nut, więc jeśli też macie podobne zajawki, mogę z czystym sumieniem polecić Wam „The World Of Retribution”, jako sprawne połączenie melodii i przygnębiającego klimatu. Zwolennicy gatunku winni być usatysfakcjonowani. Zwłaszcza, że bezśnieżna zima i szarość rozpościerająca się za oknami to idealna sceneria dla opisywanych dźwięków.

Justyna Bochenek

Cztery i pół