MORDERCA – Demo

Kiedyś to było. No, nie takie kiedyś, bo raptem parę, maks dziesięć lat temu. Wtedy w deathmetalowym podziemiu pękł wrzód punkowego kompleksu i zaczęło się nadrabianie zaległości. Było już po debiutach Kaamos i Repugnant, świetne płyty wydały Tormented i Bastard Priest, a Dead Goats wypuszczał nową ep-kę co dwa tygodnie… Aż wzięło i się wypaliło, a zjawisko zdominowały zespoły z wykrojnika zakochane w melodyjnych leadach Iron Maiden. Morderca morduje je w pięć sekund (a setną tegoroczną płytę Roggi Johannsona – w trzy), bo zamiast metalu nieudolnie udającego punka dostajemy punk, który udaje metal, i robi to doskonale.

Jaka jest relacja Mordercy ze starą-nową Szwecją? W moim odczuciu to czysta ornamentyka, i nie jest to zarzut. Wręcz przeciwnie, o sile tego krótkiego materiału decyduje jego punkowy charakter. Oczywiście brzmienie to czyste Sunlight Studio-worship i kult Boss HM-2. Tak, wstęp do „Krzyk Zabija Ciszę” to ukłon w stronę „Stranger Aeons” wiadomo kogo. I solówki też brzmią jak przepisane z „Wolverine Blues”. Ale to tylko sos, którym podlano proste punkowe strzały wywiedzione z tradycji nieodżałowanej Tragiedii i wczesnych nagrań Siekiery, której „Zabij ty” uzupełnia tu autorski materiał Mordercy. Jest w tej propozycji artystycznej jakaś urocza bezpretensjonalność, błyszcząca na tle typowych dla metalowców skłonności do grania ładnie, melodyjnie i rozwadniania pierwotnej siły nadmierną ilością dźwięków.

Przearanżuj crustpunk na szwedzki death metal, drzyj się po polsku, nie oglądaj się za siebie – prosta i skuteczna recepta. Morderca może sobie być cały z konfekcji i balu maskowego, może nie być najoryginalniejszym ani najbardziej nawiedzonym zespołem na świecie. Ale to dzięki nim, a nie drętwym gwiazdorskim bździnom z Peaceville przypomniałem sobie, że deathmetalowe retro ciągle potrafi cieszyć. Ledwie dwanaście minut za cenę CD-Ra z wydrukowaną okładką, a tyle radości.

Bartosz Cieślak

Pięć