MORBID ANGEL/CANNIBAL CORPSE/PESTILENCE – Po co nam stare gwiazdy?

Są tu jacyś zdeklarowani fani death metalu? Jeśli tak, to odpuście sobie ten tekst bowiem fanatyczne uwielbienie nie idzie w parze z krytycyzmem, a tak się składa, że dziś postanowiłem powiedzieć kilka słów o ostatnich wydawnictwach trzech wielkich, death metalowych nazw. Postanowiłem spojrzeć na nie chłodnym okiem i odpowiedzieć na pytanie czy zespoły, które tworzyły gatunek są jeszcze temu światu do czegokolwiek potrzebne?

MORBID ANGEL – Kingdoms Disdained (Silver Lining Music). Na początek płyta, o której jakiś czas temu było głośno przez kilka tygodni. Cyfrowa rzeczywistość była miejscem kilku utarczek słownych i przepychanek, których głównym celem było ustalenie czy nowy album Morbid Angel to death metalowy tytuł roku czy po prostu gniot. Jeśli nadal nie wiecie to odpuście sobie kłótnie, bowiem żadna ze wskazanych odpowiedzi nie pokazuje tego, czym w istocie jest nowe wydawnictwo „bogów chaosu”. „Kingdoms Disdained” to nic więcej jak średnio udany, cholernie generyczny, album Morbid Angel, który znów zaczął grać jak Morbid Angel. Brzmi smutno? No cóż, powiem szczerze – nie bardzo jest się z czego cieszyć. Moim zdaniem, zespół ten po kolejnych zmianach w składzie, powołaniu do życia kuriozalnego cover bandu (I Am Morbid) i powrocie syna marnotrawnego w postaci Tuckera dał światu płytę zwyczajnie nijaką. Pamiętajcie – mówimy o zespole, który w złotej erze death metalu wyznaczał trendy i z płyty na płytę przesuwał granicę rozumienia muzyki ekstremalnej. Dlatego też nowy album zespołu nie przykuwa uwagi na dłużej niż chwilę. Riffy są tylko kopią tych, które Trey stworzył już kiedyś, pomysły, aranże, patenty brzmieniowe wszystko jest tylko wyblakłą odbitką starych dokonań zespołu stworzoną na zepsutym xero. Inwencji i wizji wystarcza kolejnej, zmontowanej przez Treya ekipie ledwo na kilka numerów. Przy dużej dozie dobrych chęci można by stwierdzić, że materiał ma potencjał na zgrabną ep-kę, ale jako całość zwyczajnie męczy. „Kingdoms Disdained” to krążek, który nie zapada w pamięć nawet na krótką chwilę. Prawdę mówiąc, podczas odsłuchu tego materiału w mojej głowie kołatało się jedno pytanie: „kiedy to się ku**a skończy?”. Trey dokonał sztuki trudnej i niebywałej, sprowawdził swoje nawiedzone riffy do rangi wymuszonego czynnikiem ekonomicznym wtórnego rzemiosła. Morbid Angel dziś to żadni „bogowie chaosu” to grupa zblazowanych muzyków z łapanki, którzy jako, że nie potrafią nic innego, próbują przypomnieć sobie jak eony lat temu narywali płyty, których słucha się do dziś. Tylko, że pamięć jakby już nie ta…MA

CANNIBAL CORPSE – Red Before Black (Metal Blade) Wesoła ekipa uroczych “kanibali” to jeden z tych zespołów, który na scenie death metalowej od zawsze był gwarantem pewnego (wysokiego!) poziomu, jakości. Kochałem ich pod koniec lat 90tych, klasyczne płyty wielbię do dziś, ale prawdę mówiąc, gdzieś po roku 2000 straciłem zainteresowanie tym bandem łapiąc kolejne materiały raczej w sposób dość przypadkowy. Tymczasem okazuje się, że był to błąd. Cannibal Corpse z ostatnich kilku materiałów to bardzo dojrzały zespół, który w niewymuszony, lekki sposób bawi się swoim stylem i robi to z gracją. Naprawdę. „Kill”, „Torture” czy „A Skeletal Domain” to mocne punkty w dyskografii zespołu, których słucha się z przyjemnością. Mało tego, wydaje mi się, że „Red Before Black” to najciekawsza propozycja, jaką uraczyli nas miłośnicy trupiej zgnilizny od wielu lat. Jestem bardzo zaskoczony tym jak stylowo i jednocześnie świeżo brzmi ten materiał. Konsumując „Red Before Black” mam zupełnie inne odczucia niż przytłaczający nudą marazm, który dopadł mnie po kilkunastu odsłuchach ostatniej płyty Morbid Angel. Nowe dzieło Cannibal Corpse aż kipi energią i w gruncie rzeczy za sprawą sporej ilości patentów rodem z thrash metalu ma bardzo pierwotny i metalowy charakter. To dość dziwne, ale Ci kolesie na starość zaczynają napierdalać metal z furią godną gówniarzy, co najmniej o połowę młodszych. Wskazany jest maksymalnie głośny odsłuch tego materiału, wtedy zyskuje od jeszcze więcej potępieńczej energii i ognia. Jak dla mnie Cannibal Corpse to ciągle zespół ważny i potrzebny, który pokazuje młodzieży jak się gra metal.CC

PESTILENCE – Hadeon (Hammerheart) Tytani europejskiego death metalu, twórcy takich kamieni milowych jak „Consuming Impulse” czy „Malleus Maleficarum” powracają, (który to już raz?) by znów kontynuować wiekopomne dzieło zniszczenia. Po lekturze „Hadeon” chciałoby się zapytać: po co? Komu potrzebny jest kolejny zwrot akcji w już napisanej historii? Otóż problem tkwi w tym, że Patrick Mameli ma w sobie poczucie misji, które sprawia, że nawet, gdy nie ma ciekawych pomysłów to montuje kolejny skład by nieść w świat kaganek death metalowej oświaty. Niestety, ale „Hadeon” to album, który przejdzie bez echa zupełnie zasłużenie. Pomysł na to by uczynić Pestilence zespołem grającym techniczno-kosmiczny death uważam w sumie za ciekawy, ale wykonanie już niestety nie. Album, jako całość nie powala. Jest to jedna z tych płyt, których słucha się z masochistycznej ciekawości. Wiesz, że nie czeka Cię tu nic godnego uwagi, że będziesz się męczyć, ale mimo wszystko chcesz sprawdzić czy może jednak tym razem Mameli stanął na wysokości zadania. To się nie mogło udać i nie zaskoczę Was chyba, stwierdzając, że faktycznie nie udało się. Owszem, znajdziemy na „Hadeon” kilka ciekawych riffów i może trzy, cztery mieszczące się w muzycznym poczuciu przyzwoitości numery. Trochę to mało by mówić o płycie, jako całości. Nowe dzieło Pestilence traktuję, jako akt zupełnie niepotrzebny, który nie wnosi nic do dyskografii zespołu, nie daje nic gatunkowi. To po prostu jedna z setek nijakich płyt, której słuchacie dziś tylko dlatego, że logo na okładkę wrzucił koleś, który trzydzieści lat temu potrafił grać riffy wyrywające z tego świata. Czy Pestilence to zespół potrzebny dziś komukolwiek? Moim zdaniem nie. Jak mawiał klasyk – trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść by nie stać się karykaturą samego siebie.P

Obserwując scenę death metalową możemy dojść do pewnego smutnego w sumie wniosku. Kończy się epoka starych gwiazd gatunku, które w większości nie potrafią sobie poradzić z brakiem weny i nagrywają płyty wtórne i nikomu niepotrzebne. Dobrze, że zawsze możemy wrócić do starych, wybitnych płyt i przypomnieć sobie, że dziś śmieszny muzyk kiedyś rozdawał gatunkowe karty…

Wiesław Czajkowski