MOONSPELL – 1755 (Napalm Records)

Fanem Moonspell nie byłem, nie jestem i raczej nie będę. Po „1755” sięgnąłem powodowany czystą ciekawością – to pierwszy ich album zaśpiewany w całości po portugalsku, dodatkowo opowiadający historię potężnego trzęsienia ziemi z 1755, które dotknęło Lizbonę. Bardzo lubię „Healing Through Fire” Orange Goblin, który to krążek również jest albumem koncepcyjnym traktującym o wielkiej, odległej w czasie tragedii (pożar w Londynie, 1666) i zastanawiałem się, jak do podobnego w sumie tematu podejdą Portugalczycy. Że podejdą inaczej – wiedziałem, jednak ilość patosu troszkę mnie przeraziła.

Co prawda nie znam dyskografii Moonspell na pamięć, ale co nieco słyszałem i wiedziałem, czego się spodziewać, tak więc ów patos nie był dla mnie zaskoczeniem. Orkiestracje, chórki, natchniony głos Ribeiro i, ogólnie rzecz ujmując, nadęta atmosfera „1755” nie zrobiły na mnie najlepszego wrażenia. Z drugiej jednak strony… ten krążek rzeczywiście jest bardzo portugalski. Bo Portugalczycy to nie są typowi południowcy. Melancholię i nostalgię mają we krwi, a mieszankę tych dwóch uczuć nazywają saudade  z dumą podkreślając, że jest to termin nieprzetłumaczalny na żaden inny język. Lubią też patos, pewnie nie wszyscy, ale wpisuje się on w narodowego ducha.  Być może dlatego Moonspell jest, jaki jest. W każdym razie – gdy będziemy słuchać „1755” mając powyższe na uwadze, lektura stanie się nieco przyjemniejsza; tudzież – mniej bolesna.Band

Zastanówmy się zatem, co w nowym dziele Moonspell może się podobać. O portugalskości już wspomniałem (warto też nadmienić, że w utworze „In Tremor Dei” głosu udzielił fadista Paulo Bragança), na pochwały zasługuje też nowa wersja „En Nome Do Medo”. Metalowa wersja z klawiszami na drugim planie była – uwaga, eufemizm – kiepska, natomiast nowa odsłona jest pozbawiona zbędnego ciężaru i mimo że i tu patosu sypnęło się Portugalczykom o kilka łyżek za dużo to da się go przetrawić, bo te orkiestracje gładko wprowadzają nas w atmosferę albumu. Albumu, na którym znalazłoby się kilka kompozycji, które skwitować by można krótkim „ujdzie”: „In Tremor Dei” ma całkiem fajne, bo cholernie proste riffy, a wokal Bragancy dodaje utworowi nutkę unikalności, chociaż tekst refrenu jest aż zbyt banalny (Lisboa/Em chamas/Caída, tremendo/Sem Deus – Lizbona/w połomieniach/upadła, drżąca/ bez Boga); także singlowy „Todos Os Santos” wyróżnia się na tle reszty albumu – troszkę mniej tu pompatyczności, riff ze zwrotki przyjemnie wkręca się w głowę, podobnie jak melodia. Wspomniałem o tekstach – są podniosłe, tak jak muzyka, a kilka fragmentów spokojnie można też odnieść do teraźniejszości (co zawsze na propsie), ale generalnie nie warto się dla „1755” uczyć portugalskiego. Pozostałe utwory… Cóż, jeżeli ktoś lubi Moonspell pewnie się nie zawiedzie; dla mnie ten rozmach i podniosły nastrój jest na dłuższą metę zwyczajnie męczący, nawet jeżeli próbuję go sobie w jakiś tam sposób tłumaczyć. Można było to zrobić trochę oszczędniej, niestety orkiestracje na „1755” powciskane są wszędzie na siłę, a struktury utworów w znakomitej większości oparte są na tym samym schemacie.

Jeżeli nie lubicie Moonspell – ta płyta tego nie zmieni. Jeśli łakniecie portugalskiej muzyki, posłuchajcie fado. Albo czegokolwiek innego.

Paweł Drabarek

Dwa i pół