MONUMENTS – Phronesis (Century Media)

Trzeci album brytyjskiego Monuments pokazuje jak rozśpiewany może być djent i jak wiele zależy od tego, kto i czy w ogóle stoi za mikrofonem w takim zespole. Chris Baretko, znany głównie z Periphery i genialnego The Haarp Machine to najjaśniejszy punkt tego zespołu, a jestem w stanie pokusić się o stwierdzenie, że całego gatunku. Jeśli czytelniku zwracasz uwagę na cos poza klimatem i popisami poszczególnych muzyków, to właśnie na tak utalentowanego wokalistę i niebywałą wręcz zdolność do zarówno charyzmatycznego opowiadania historii (singiel „A.W.O.L”), co drapieżnego i rozpaczliwego krzyku („Leviathan”), wszystko to przeplatane naprawdę dobrym czystym, momentami może nawet nieco popowym śpiewem. Przepis na sukces? Właściwi ludzie, na właściwym miejscu.

A skoro o tym mowa, Monuments nie byliby gwiazdą nowoczesnego metalu gdyby nie osoba Johna Browne, który zjadł zęby na matematycznych łamigłówkach, kładąc podwaliny pod djent jaki znamy za czasów gry w Fell Silent. Najnowsza propozycja tego pana w żadnym stopniu nie odmieni oblicza jego zespołu, ani nie jest jakimś znaczącym krokiem na przód. Wręcz przeciwnie, w swojej nazwijmy to niszy, Brytyjczycy czują się jak ryba w wodzie. Nie wykraczają poza stylistykę znaną z poprzednich płyt, ani nie próbują wymyślić prog metalu na nowo. Nikt tego nie oczekuje, wizjonerów należy szukać gdzie indziej, ale jeśli cenisz sobie inteligentne granie, to ciężko o lepszy przykład zespołu, który reprezentuje wszystko co, co obecnie w metalu najlepsze.Band M

Zatem mamy tutaj kopalnię charakterystycznych riffów, bardzo umiejętnie wplatane breakdowny, dobry balans pomiędzy techniką a nośnością, i niemałą dawkę groove. Dla opornych, doszukujących się w djencie kolejnego produktu dla mas, dobra wiadomość – Monuments są daleko od sprzedania się, a ich wizja tego grania jest drogowskazem dla wielu innych zespołów. Zresztą, kto śledzi ten gatunek, ten wie, że ten stosunkowo nowy twór na metalowej scenie przeszedł kilka etapów ewolucji, przez co nie ma już nic wspólnego ani z Meshuggah, ani wczesnym Periphery. Granice przesuwają się w stronę jazzu i pochodnych, a jeśli wykonawcy nadal próbują swoich sił w metalu (Scale The Summit, Polyphia) to w możliwie jak najmniej metalowy sposób, żonglując środkiem ciężkości. Monuments zaś  grają bezpiecznie, na swój sposób jednowymiarowo, kiedy porzucają przebojowe melodie na rzecz gęstego, rytmicznego ataku, przez co dla nieobeznanego z zespołem odbiorcy mogą brzmieć może nieco zachowawczo. Nie zmienia to jednak faktu, iż trzeci longplay kwintetu jest na tyle interesujący aby do „Phronesis” wracać z uśmiechem na twarzy i świadomością, że na Wyspach wciąż dzieje się wiele dobrego.

Grzegorz Pindor

Cztery