MONSTER MAGNET – Mindfucker (Napalm Records)

Nieładnie tak wypominać komuś wiek, ale Dave Wyndorf, lider legendarnego Monster Magnet, skończy w październiku 62 lata. Ktoś może powiedzieć – stary, szczególnie jak na gwiazdę rocka. Z drugiej strony, gość jest o 13 lata młodszy od Keitha Richardsa, poza tym nadal zachowuje się jak gdyby czas zatrzymał się w miejscu ze 20 lat temu. Energii i werwy pozazdrościć mu może wielu dwudziestolatków. Mamy tylko nadzieję, że te wszystkie opowieści Wyndorfa, że narkotyków to on nigdy specjalnie nie lubił, to kolejny fake news. W poniższym tekście staramy się rozwiązać wszelkie wątpliwości. Do rozmowy o „Mindfucker” zaprosiliśmy gitarzystę wrocławskiego Prądu, Rafała Bielskiego. Pytania zadaje Wielki Brat.

Panowie, czyżby Mr. Wyndorf wrócił do dragów?

Rafał: Osobiście myślę, że pan Wyndorf nigdy od nich nie odszedł, tylko po prostu z płyty na płytę je zmieniał. Teraz odwiedził go ten sam dealer który odwiedzał go już w 1998 i 2003 roku.

Adam: To wszystko, wydaje mi się, tylko w przenośni, bo czytałem niedawno wywiad z Wyndorfem, w którym zarzekałmonstermagnet się, że z dragami skończył wcześniej, niż na poważnie zaczął. Szok. Jeżeli chodzi o nawiązania, to rzeczywiście: bardziej „Powetrip”, niż „Dopes To Infinity”. Mniej czystego tripu, więcej rockerów. Ale przechodząc do sedna, to ja, szczerze mówiąc, nie widzę wielkich różnic między „Mindfucker”, a ostatnimi dokonaniami MM.

Rafał: Ja się trochę nie zgodzę. Nowa płyta wydaje mi się bardziej zwarta i jednolita niż te ostatnie. Zresztą, jeszcze parę dni temu, kiedy się umawialiśmy, miałem zamysł trochę ponarzekania na Wyndorfa, bo po pierwszych przesłuchaniach nowa płyta mi kompletnie nie siadła i po raz pierwszy miałem poczucie, że jednak ktoś tu zaczyna się trochę starzeć. Bo jednak poziom autorżnięcia z samego siebie (z „Powetrip” i „Monolithic”) wydawał mi się trudny do dźwignięcia. Ale muszę przyznać, że płyta sporo u mnie zyskała przy intensywniejszym odsłuchu i dziś karcę się trochę za wcześniejszy brak wiary. Szczególnie, że usłyszałem tu po raz pierwszy od dawna wpływy tej niezrozumiale zapomnianej, acz całkowicie niesłusznie, płyty – „God Says No”.

Czy od Wyndorfa można dzisiaj oczekiwać czegoś więcej, niż odniesienia się do rzadko „cytowanych” albumów z przeszłości? Czegoś wcześniej niewidzianego?

Paweł: Wydaje mi się, że Wyndorf najlepsze lata ma już za sobą i osobiście nie oczekuję od niego żadnych przebłysków geniuszu, a raczej trzymania solidnego poziomu – i to mu się udaje. Obrał całkiem mądrą taktykę, żeby nie zanudzić ludzi muzyką – otóż każdy krążek złożony jest z tych samych składników, ale w innych proporcjach. Nie sądzę, aby Wyndorf kiedykolwiek wyszedł poza garażowy rock’n’roll/psychodeliczne tripy.

Rafał: O, świetne pytanie, bo sam się nad tym zastanawiałem! Sądzę, że nie, aczkolwiek nie czyniłbym z tego większego zarzutu. Z jednej strony bowiem całe lata 90., do „God Says No” włącznie, to było odkrywanie na każdej płycie czegoś nowego i stworzenie takiej wielkiej „bazy”, z której mógł czerpać przez następne lata, co zresztą robił i robi. Ten strumień w końcu musiał się zatrzymać, ale przecież i tak pary starczyło mu na długo. Z drugiej strony, od pana w średnim wieku nie oczekuję już wielkiego nowatorstwa i wywalania swojej spuścizny na drugą stronę. Dopóki w tych nowych płytach czuć życie i jakieś emocje, to ja w to wchodzę bez pytania.

Paweł: Wyndorf jest tylko rok młodszy od Danziga. W porównaniu do tego niespełnionego kulturysty – zestarzał się kapitalnie.

Rafał: No i na dodatek udało mu się schudnąć, a Danzigowi chyba nie bardzo.

Adam: No właśnie, zauważyłem, że – całkiem słusznie – „God Says No” uznawana jest za płytę wyznaczającą granicę między rzeczami klasycznymi, a bardziej współczesną epoką, polegającą z grubsza na wymyślaniu na nowo starych schematów. I racja, nie ma w tym nic złego. Niby Wyndorf zapowiadał wpływy garażowych lat 70., MC5 i całej sceny z Detroit, ale… czy naprawdę takie elementy można na „Mindfucker” wyłapać? Chyba wyłącznie w bezpośredniości tej muzyki. No, ale przecież nie powie, że na nowej płycie wróci do „God Says No”. Tak, tutaj wszystko wymieszane jest w bardzo smacznych proporcjach. To dosyć zróżnicowana płyta, nabierająca wraz z upływem minut rumieńców.

Paweł: Na pewno tego Detroit jest na „Mindfucker” więcej niż, na „Last Patrol” czy „Mastermind”.

Rafał: Zdecydowanie tak. Nie ma tak oczywistych inspiracji, jak np. utwór The Stooges „1969” dla utworu „Powertrip”, ale z drugiej strony taki „Soul” bardzo mi „Powertrip” przypomina. Generalnie wahadło zdecydowanie przesunęło się, względem „Last Patrol”, od Hawkwind w stronę Detroit. Zresztą żenienie Hawkwind z Detroit to w zasadzie wyczerpujące podsumowanie całej twórczości MM. A teraz to ja sobie pozwolę zadać pytanie – macie jakichś szczególnych faworytów z płyty? Bo mnie sieknął mocno jeden strzał i jestem ciekaw, czy ta różnica jakościowa w tym kawałku względem pozostałych jest faktycznie tak zauważalna, czy to jakiś mój własny lot.

Paweł: Trudno mi się zdecydować – ale chyba najbardziej mi „Drowning” podszedł.

Adam: Odnoszę wrażenie, że druga połowa tej płyty na głowę bije pierwszą – więcej w niej przestrzeni, luzu i lekkiego lotu. Pytanie wymaga jednak konkretu, toteż postawię na „Brainwashed”, z zastrzeżeniem, że ja tej różnicy jakościowej, przynajmniej w tym momencie, nie odczuwam.

Paweł: Aczkolwiek musiałem chwilę pomyśleć, czyli zdecydowany faworyt to to nie jest. A „Brainwashed”, o którym Adam wspomniałeś, moim zdaniem nadałby się na singla lepiej niż „Mindfucker”, po którym miałem lekki niedosyt.

Rafał: To widzę, że nie jestem sam, bo zgadzam się z Pawłem – to właśnie „Drowning” mnie zachwycił. Tu właśnie czuć szczególnie to „God Says No”, szczególnie nawiązanie do „Cry”. Osobiście uwielbiam takie wcielenie Wyndorfa, które włącza mu się po amfetaminowych lotach, taki emocjonalny zjazd. A z „Brainwashed” miałem początkowo problem, muszę przyznać. Wydawał mi się zbyt kowbojsko – patatatujący, ale ostatecznie doceniłem, faktycznie fajny hicior. I zgadzam się, że druga część płyty lepsza.

Adam: Masz rację, Paweł, w ogóle dobór singli to w przypadku „Mindfucker” to lekka zagadka. Wybór coveru na drugi singiel kazał drżeć o poziom autorskich numerów. A co do „Drowning” – rzecz jasna, jest to jeden z mocniejszych punktów krążka. Wielowątkowy, bogaty, a przy tym niepozbawiony ciężaru.

Paweł: A co powiecie o otwieraczu? Mnie kupił od początku, a generalnie podchodziłem do płyty z pewnym takim dystansem. Czysty rock’n’roll, rodem z „Monolithic”, totalne przeciwieństwo wspomnianego „Drowning”. „Rocket Freak” to impreza na pełnej, stężenie substancji we krwi na wysokim poziomie, panowie są znowu gwiazdami rocka – podczas gdy „Drowning” opisuje stan na drugi dzień.

Rafał: A mnie właśnie otwieracz trochę odrzucił, przez to może zraziłem się do płyty już na wstępie i musiałem się przekonywać tyle czasu. Taki rock’n’roll, ale wydawał mi się bez polotu, teraz jest lepiej, ale też nie powiem, żeby budził większe emocje.

Adam: Tak jak „Drowning” przełamuje ten krążek w pół i zwiastuje nadejście numerów bardziej przestrzennych i złożonych (lepszych po prostu), tak „Rocket Freak” nadaje rytm pierwszej części albumu. Dobry otwieracz, uderzający prosto między oczy, chociaż nie z siłą zdolną otumanić. I to mówi sporo o tej pierwszej, bardziej bezpośredniej, części „Mindfucker”. Niby wszystko jest w porządku, ale czegoś brakuje.mm

Jak wygląda „Mindfucker” na tle poprzednich dwóch krążków (o „4-Way Diablo” to chyba nawet Wyndorf nie chce pamiętać)? Którą z tych trzech odsłon MM lubicie najbardziej?

Rafał: Ja zrobiłbym taką nierówność: „Mastermind”>> „Last Patrol”= „Mindfucker”. „Mastermind” po latach posuchy to był dla mnie przepotężny strzał w oczy i dalej mnie ta płyta trzyma. Natomiast „Last Patrol” i „Mindfucker”, choć różne od siebie, jakościowo nie odstają.

Paweł: O, to u mnie chyba podobnie. „Mastermind” uwielbiam, głównie z sentymentu, bo był to pierwszy krążek Monster Magnet, jaki usłyszałem, no ale też nie sposób odmówić tamtym piosenkom przebojowości i wyjątkowego klimatu. „Last Patrol” mnie początkowo zawiódł, trochę się te kompozycje rozjeżdżały momentami, sporo było autozrzynek… „Mindfucker”, tak na świeżo, podoba mi się bardziej niż poprzedniczka, ale do „Mastermind” nie ma startu.

Adam: Do „Mastermind” jakoś nigdy nie mogłem się przekonać, chociaż pod względem brzmienia to był strzał w „10”. Jeżeli chodzi o „Last Patrol”, songwritersko to krążek o wiele lepszy od poprzednika, nawet, jeżeli momentami brakuje mu jego ciężaru i zawiesistości. Mimo wszystko taki „End of Time” działa na mnie mocniej, niż cokolwiek z „Mastermind”, no i kupuję cały ten kosmiczny sznyt. To już kwestia upodobań, a mnie mimo wszystko najbardziej cieszy, gdy strzałka od Detroit przesuwa się w kierunku Hawkwind. Jeżeli chodzi o „Mindfucker”… no tak, na pewno nie jest słabszy niż „Last Patrol”. Na stawianie znaków (nie)równości przyjdzie jednak czas, a przynajmniej ja potrzebuję trochę szerszej perspektywy.

Rafał: Ale generalnie wniosek z tego wszystkiego jest jeden – Wyndorf tyje, Wyndorf chudnie, laski w teledyskach niezmiennie tańczą, autozrzynki wciąż są, ale jakości temu wszystkiemu nadal nie można odmówić – po tylu latach pchania tego wózka.

Wracając do „4-Way Diablo”, o którym wspomniałem w poprzednim pytaniu. Czy jest w tym krążku cokolwiek, co mogłoby go obronić? Potraficie odnaleźć jakieś argumenty na jego obronę?

Rafał: Jest jeden – „Slap in The Face”, fajny rocker, gdzie słychać, że to Monster Magnet. Jeden jasny punkt na płycie, choć przy innych rockerach tego zespołu to oczywiście druga liga. Jeśli już jednak czegokolwiek miałbym się doszukiwać to właśnie tego; reszta- do spuszczenia w kiblu niestety. A, no i okładka – zdecydowanie jedna z lepszych.

Paweł: Zdaje się, że Wyndorf tych numerów nie grał nawet na trasie promującej płytę (śmiech).

Adam: Ja nic nie dodam, bo w tym momencie nie znajduję w głowie jaśniejszych punktów tej płyty.

Czy gdyby to nie był Monster Magnet, a jakiś debiutujący/ młody zespół, zwrócilibyśmy na tę „Mindfucker” jakąkolwiek uwagę?

Paweł: Pewnie nie. To fajny album, ale codziennie wychodzi klika podobnych, równie ciekawych. „Mindfucker” pewnie trafiłby na Stoner Meadow Of Doom, miałby kilkanaście, a może nawet kilkaset tysięcy wyświetleń, jarałoby się nim kilku gości w dżinsowych kurtkach i truckerkach, ale nic poza tym. Ale może wtedy komuś udałoby się ściągnąć MM do Polski (śmiech).

Rafał: Pewnie nie. Ale też gdyby to był jakiś młody zespół, to nie rozkładalibyśmy jej teraz na czynniki pierwsze, abstrahując już od tego jak ją oceniamy, więc magia nazwy działa, nie da się ukryć.mm2

A czy Monster Magnet to w waszej opinii niedoceniany zespół? Mają prawo mieć poczucie niedosytu po tych prawie 30 latach kariery?

Rafał: Według mnie niekoniecznie. Mieli swój znakomity piwniczny debiut, mieli też swoje pięć minut sławy, „Space Lord” do tej pory w Antyradiu puszczają. Mają też bezwzględnie status prekursorów i legend. Mogą się czuć chyba niespełnieni jedynie o tyle o ile chcieliby wrócić na stadiony – a to się pewnie już nie uda.

Adam: W pewnym sensie tak. Termin „muzyka dla muzyków” jest tutaj nie na miejscu, bo kojarzy się raczej z nikomu niepotrzebnymi masturbacjami na gryfie, ale przyszedł mi na myśl dlatego, że wielu twórców (w tym tacy, którzy odnieśli dużo większy sukces niż sam Wyndorf) wynosi Monster Magnet do rangi wielkiej inspiracji i nazwy naprawdę kultowej. Z drugiej strony, grupa nigdy tak naprawdę nie sięgnęła po należne jej laury. Jest jakimś punktem odniesienia i zespołem, który znać wypada, ale do pierwszej ligi nie weszli. I nie chodzi nawet o nieodkrywczość tej muzyki, bo przecież nie każdy, kto na salony wchodził, wymyślał na nowo koło.

Paweł: Ja mam wrażenie, że Wyndorf, w przeciwieństwie do takiego Josha Homme’a, nie miał nigdy wielkiego parcia na szkło, to chyba była bardziej poza. Monster Magnet nie gra w jednej lidze z QOTSA, ale są wymieniani jednym tchem obok Kyuss, a to już sporo. Przy czym, umówmy się – oni nie są jakoś nadzwyczaj radiowi, zdarzały się hity-rockery, ale nic poza tym. Nie mają żadnego „No One Knows”. No, może jedynie „Space Lord” ma prawo do tego miana pretendować.

Adam: Nie ulega wątpliwości, że na stadiony nie wrócą. Dzisiaj są gwarantem pewnej jakości, ale do poziomu klasycznych płyt już raczej nie doskoczą, a nawet gdyby udało się nagrać jakiś absolutny hit, to… niewielu go usłyszy. Mimo wszystko – czas obszedł się z Wyndorfem stosunkowo łagodnie, bo nie nawiedzają go jakieś głupie, pseudorewolucyjne pomysły czy niemożliwe ambicje. No i wciąż ma dla kogo grać.

Rafał: Panowie, w pełni się zgadzam, nic dodać nic ująć. Choć warto wspomnieć, że na trasie „God Says No” to właśnie QOTSA supportowało Wyndorfa, tuż po wydaniu „Rated R”. W każdym razie problemem, ale też olbrzymim urokiem MM jest to balansowanie na granicy kiczu, wystarczy obejrzeć teledyski, i ten wszędobylski testosteron, który jednak w ich przypadku w żaden sposób nie wydaje się być sztuczny. Nie są tak młodzieżowi jak QOTSA, zresztą z tym swoim retro sznytem, trudno żeby tacy byli. Ale też taka uwaga – nie da się ukryć, że w latach 90. z tą swoją oldschool’owością trochę wyprzedzili swoje czasy – dopiero teraz, przy całej tej nawałnicy retrogrania, spodnie dzwony itp. wracają do łask, a oni już wtedy to mieli.

Adam: Na pewno Monster Magnet to zespół ważniejszy, niż QOTSA. Z drugiej strony, wpływowy to Wyndorf już był: dzisiaj inspiruje przede wszystkim Homme z tym swoim piosenkowym, dystyngowanym sznytem, z którego czerpią Arctic Monkeys i cała masa indie rockowych kapel. Trochę oddzieliłbym MM od całego retro boomu, bo jednak te nowe kapele są przeważnie wpatrzone w trochę inne nazwy, ale wpływu na scenę (niekoniecznie dzisiejszą) odmówić mu nie można. Ja to wciąż jestem pod wrażeniem wyznania Wyndorfa, że w odmienne stany świadomości wprowadzały go zawsze kobiety i prawie nigdy narkotyki. To tak a propos prawdziwości tego testosteronu. A zawsze postrzegałem ten zespół jako jeden z najbardziej „odlatujących” pod względem dragów…

Paweł: Jezu, ja oglądałem kiedyś koncert MM na trasie „Monolithic”, 2004 rok bodajże… Wyndorf dosłownie się unosił nad tą sceną (chodzenie sprawiało mu kłopoty). No ale fakt, kobiety też tam były, może to one go w taki stan wprowadziły (śmiech).

Rafał: Ja z tymi narkotykami to wciąż mu nie wierzę. słucham debiutu i zwyczajnie nie wierzę. Zresztą, jak nie on, to na pewno reszta ładowała, Mundell kiedyś mówił, że podczas sesji do „Superjudge” chodził non stop zjarany i nawet miał jakieś chore jazdy przez to, że ktoś go śledzi itp.

Paweł: Odżegnywanie się od nadużywania substancji psychoaktywnych w przeszłości to poważna rysa na życiorysie Dave’a Wyndorfa.

Na pytania Wielkiego Brata odpowiadali Rafał Bielski (Prąd), Adam Gościniak i Paweł Drabarek