MONIKA BRODKA – Clashes (PIAS)

Było ostatnio dużo metalu, czas na krainę łagodności. Choć to może złe określenie  dla „Clashes”. Przyznam, że z niejaką przyjemnością anonsuję nowe dzieło Moniki Brodki, a to dlatego bo nie spodziewałem się, że ta drobna osóbka, kojarzona na początku głównie z programem Idol i niezbyt ambitną muzyką pop, przeszła w ostatnich latach niezłą ewolucję. Poprzedni krążek, bardzo dobrze przyjęta „Granda” (2010) nie do końca do mnie przemawiał, dlatego nie spodziewałem się takich zmian. Brodka wykorzystała swój czas – pojeździła po świecie, wzięła oddech, „znalazła” amerykańskiego producenta i nagrała w Los Angeles nowy materiał. Brzmi jak z ulotki reklamowej wytwórni? Cóż, nie będę zajmował się marketingiem – załóżmy, że ta podróż i klimat miasta aniołów wpłynęły na płytę. W każdym razie dzisiaj Brodka, choć oczywiście, nie unika wpadek, to rasowa, w dodatku mocno stojąca na ziemi wokalistka, która całkiem zgrabnie balansuje na krawędzi, łącząc wszytko co najlepsze w popie i kobiecej alternatywie. Szkoda trochę, że zdecydowała się na język angielski, skoro w dobrym tonie jest używać krajowego narzecza, ale nie zamierzam wybrzydzać. Może faktycznie uda się z „Clashes” zaistnieć gdzieś za granicą? Abstrahując od tych dylematów – nowa płyta robi niezłe wrażenie, intryguje, kusząc smakowitymi aranżacjami. Co będzie dalej? Chyba radość, odpowiada kolega Grzegorz… 

Arek: To będzie rzecz o tym, jak z metalowców staliśmy się indie nerdami. Był Aborted, spuściliśmy z tonu przy Tides From Nebula, by wylądować z płytą Brodki w łapie. I wiesz co – dobrze mi z tym…

Grzegorz: Ja tam za nerda nigdy się nie uważałem, ale wydaje mi się, że mam dość otwartą głowę. Poza tym, Brodka podobała mi się już przy „Grandzie”, a ilość gigów jakie widziałem z tym materiałem (w najrozmaitszej formie, z plastikowymi instrumentami włącznie) utwierdziły mnie w przekonaniu, iż warto mieć na nią baczenie. A teraz, cóż, jest wielka…

Arek: Przede wszystkim, wrażenie robi fakt, że to jedna z tych artystek, które w udany sposób wymknęły się z matni tzw. życia „po programie” Idol. Już sam fakt, że chwalę płytę tej pani jest zdumiewający. Szanuję Brodkę za to, że postanowiła „wyjść ze strefy komfortu”, zaznaczonej grubą kreską na „Grandzie” i zrobienia czegoś bardzo osobistego. Pomijam tu całą otoczkę, jeżdżenie po świecie (czyżby management zapatrzył się w PJ Harvey?) i nagrywanie w Los Angeles. Mam wrażenie, że to nagrywanie związane jest głównie z tym, że jakieś tam podrzędne studio jakich wiele jest w USA, jest po prostu… tańsze niż nasze MB1renomowane fabryki, więc się pewnie opłacało. A jednocześnie można napisać „nagrywane w USA”. Co nie zmienia faktu, że zrobiła niezłą woltę. Przede wszystkim podoba mi się tu sposób zaaranżowania tych numerów, ich w pewnym sensie… enigmatyczność. Liniowy charakter numerów i taki, hmmm, poniekąd szkic nadają muzyce smaku…

Grzegorz: Jak dla mnie to te numery mają nieco filmowy charakter. Taki jak kino drogi. Ciągną się, mają dziwną, niepokojącą atmosferę, ale wsiąkasz. No i nie zapominajmy, że to polska artystka, nagrywająca na rubieżach za oceanem i pod okiem zagranicznego producenta, a jednak zapatrzona w Szwecję bardziej niż również nasza, nie mniej enigmatyczna Bokka.

Arek: Przede wszystkim, liczy się odwaga. Trzeba mieć jednak jaja, żeby nagrać płytę, umówmy się – niekomercyjną. Oczywiście, „Horses” wpada w głowę, ale to chyba jedyny, tak przebojowy temat. Reszta to odważne zabawy z konwencjami. Sam nie wiem, ile w tym Brodki a ile Amerykanina – producenta, ale jest czego słuchać. Mając tylu muzyków, zdecydowała się na bardzo oszczędne dźwięki, porusza się po nich z wyczuciem. Jest dobrze, choć oczywiście, czasami są jakieś potknięcia…

Grzegorz: I te potknięcia mogą wyjść na nadchodzących koncertach, w mocno poszerzonym składzie. Zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby [im, zespołowi] korzystać z backing tracków?

Arek: Oj, o wykonanie się nie obawiam; myślę, że skład da radę, przekonamy się o tym na offie. Miałem na myśli raczej wpadki typu „My Name Is Youth”. Punkowe dziwadło, które od razu skojarzyło mi się z nastolatkami z Tokio, bawiącymi się w zespół. Trochę karykaturalne, ale na szczęście, urwany po minucie kawałek można traktować jako taki żarcik. No i „Hamlet” – tu i ówdzie bardzo chwalony, a ja uważam, że trochę nudnawy. I podkład cały czas natrętnie kojarzy mi się z „Little 15” Depeche Mode (śmiech). Ale to takie małe wyjątki w całej masie świetnych kawałków. Moje ulubione, to śmierdzące na milę Kejwem „Holy Holes” i „Funeral” – swoją drogą pomysł z walczykiem niezły.

Grzegorz: Ja nie mam ulubionych. Poza tym, tak jak w przypadku nowego Heya, chcę sprawdzić jakość płyty na żywo. Śmiejesz się z punka w Brodce; ona to zrobiła rzekomo spontanicznie, w drodze zabawy i eksperymentu, a ty dedykujesz ten numer młodym fankom j-rocka. Szok. Ale właśnie w takich zabiegach jest metoda i mistrzostwo marketingu, żeby o tym mówili…

Arek: Może tak, może nie… Trudno powiedzieć, bo musiałbym zakładać swego rodzaju premedytację, a ja wolę traktować płytę jako spontaniczny wyraz zmian  zachodzących w głowie artystki. Choć masz rację, widzę elementy sprawnego marketingu. Trudno, żeby go nie było. Na szczęście, jest to wszystko zrobione ze smakiem i jak na tak młodą artystkę, pozwalają jej zachować sporą dozę niezależności. „Clashes” to przełom, ale myślę, że dopiero następne płyty mogą być prawdziwym strzałem. Wracając do meritum – Brodka powinna oczywiście podziękować Kate Bush, Gabie Kulce ale także Julii Marcell bo taki „Up In The Hill” brzmi jakby Brodka ukradła go ze śpiewnika autorki „Proxy”.

Grzegorz: Nie za dużo tych podziękowań? Bo nie wymieniłeś jeszcze Marii Peszek, gdyby było za co. Na samej Brodce świat się nie kończy, i na naszym poletku stopniowo rośnie jej konkurencja. To, że udało się zebrać odpowiednie fundusze i ludzi, to jedno, ale finału nikt nie mógł przewidzieć. „Clashes” jak na razie z mety dostaje wysokie noty, bo to „światowy album”, nowy towar eksportowy itd. A ja powiem, że wręcz przeciwnie, bo brzydko mówiąc, spustów nie będzie brakować tylko u nas. Nie sądzę aby nagle radował się nią Pitchfork, NME, czy agenci festiwalu SXSW. Nie jest jedyna, ale co chcę podkreślić – jest nasza i to mnie cieszy. Chciałbym aby nie obciążano jej, żeby ten nowy start odbył się spokojnie.Brodka

Arek: Ja tam lubię grzebać pod powierzchnią. Że mam skojarzenia, to oczywiste, bo trudno, żeby uniknęła pewnego kontekstu. A żeńska alternatywa jest w Polsce wyjątkowo silna. Z tym „światowym” bym nie przesadzał, bo niestety, prędzej będzie tak jak zwykle – czyli album zginie w monstrualnym zalewie tysięcy lepszych i gorszych płyt. Ale w Polsce ma szansę. I tu pojawia się problem, czy lepiej śpiewać po angielsku czy po naszemu. Na razie cieszą mnie niezmiernie te bardzo subtelne eksperymenty, które dobrze rokują na przyszłość: „Can’t Wait for War” to doskonały przykład: fajne dęciaki i mocno wycofana warstwa instrumentalna, która dopiero po chwili zdaje się gdzieś z oddali do nas docierać. Proste, ale doskonałe. Takich niuansów jest tu więcej. I za te detale lubię „Clashes”…

Grzegorz: Ja za podobne rzeczy uwielbiam zamaskowaną Bokkę, i dziś, oba te projekty, bo ciężko mówić o Brodce jako o samej wokalistce, czarują podobnymi elementami. Widzisz, ostatnio przy Radiohead minimalizm nie do końca Ci odpowiadał, a tu proszę, w popie jak znalazł. Zagrałbyś z Brodką koncert?

Arek: Chętnie, bo wydaje się, że w wersji koncertowej nowa muzyka stwarza dużo możliwości i jeśli nie potraktują materiału zbyt dosłownie, może być ciekawie. Ten fakt związany jest z charakterem kompozycji. W zasadzie, jak już wspomniałem, czasami mam wrażenie, że utwory pozostały na etapie szkiców, płyną sobie swobodnie i brzmią, jakby wersje studyjne były nagrane na żywo w pierwszym podejściu. Jednocześnie nie zamierzam wcale powiedzieć, że to materiał niedopracowany. Właśnie czuć w nim profesjonalną rękę fachmanów jakich mało. A oszczędność tylko świadczy na ich korzyść. Pozostaje pytanie, czy taki materiał powstał faktycznie dzięki temu, że zarejestrowano/stworzono go w USA? Trochę denerwuje mnie to ciągłe wychwalanie płyty jako produktu „eksportowego”…

Grzegorz: A nie jest tak? Przecież wydał ją poważany label, jakiś tam PR „zagranico” jest, więc należy go tak traktować. Mniejsza o to, czy rzeczywiście ta płyta na to zasługuje. W realiach rynku muzycznego nie za takie kontrakty zespoły płaciły, więc dajmy im czas, i zobaczymy, czy przy następcy „Clashes”, Brodka i zespół „ugruntują” swoją pozycję.

MBArek: Ja w karierę za granicą nie wierzę. Nie dlatego, że płyta nie da rady. Raczej dlatego, że to za duże akwarium, w którym mała rybka Brodka zniknie z medialnego radaru. Jasne, że cieszyłbym się, gdyby się udało, ale jakoś nie chce mi się wierzyć, że akurat „Clashes” zaskoczy. Zawsze wydawało mi się, że większe szanse ma coś, co dla Amerykanów czy innych Europejczyków będzie egzotyczne i nieznane. Na razie udało się metalowcom (i wcale nie dlatego, że są egzotyczni…), ale nie udało się nikomu z kręgów szeroko rozumianej alternatywy. Nie mówię o pojedynczych koncertach czy małych niezależnych trasach do których zespoły dopłacają. W każdym razie Brodka powinna promować usilnie płytę w kraju, bo boję się mimo wszystko, że będzie to za trudny materiał dla dotychczasowych fanów tej pani…

Grzegorz: Ano, fakt, tej naszej alternatywie przebić się ciężko, ale na wspomnianym SXSW już mieliśmy swoich reprezentantów. W metalu, cóż, tradycyjnie, nadal jesteśmy jednymi z lepszych, choć prawdziwy sukces w ostatnich latach dotyczy chyba jedynie Mgły, Tides From Nebula i… no, właśnie, Votum? Tak czy owak, polska muzyka – zawsze tak uważałem – jest świetna i Brodka doskonale się wpisuje w to stwierdzenie. Nie zgodzę się z Tobą, że powinna nagrywać po polsku, bo przykład głupiego „Horses” dowodzi, że nie jest to ani potrzebne, ani specjalnie wyczekiwane przez fanów.

Arek: Jedno jest pewne – zaryzykowała. Posmutniała. Wydoroślała. I odcięła się od polskiego piekiełka. Co będzie dalej?

Grzegorz: Chyba radość. Tak już w życiu jest…

Rozmawiali Grzegorz „Chain” Pindor i Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum/Yulka Wilan