MONGREL’S CROSS – The Sins of Aquarius (Hells Headbangers)

Australia to musi być piękny kraj. Potomkowie zesłanych tam w XVIII wieku skazańców, dzikie psy dingo, dziobaki i wielkie owady w rodzaju karaczana wielkoskrzydłego – to wszystko musi działać na potencjalnego turystę niczym magnes. Dodajmy do tego fakt, że kraj ten dał nam Krokodyla Dundee i Bestial Warlust, a w sercu na pewno pojawi się nutka tęsknej miłości do tego miejsca, nawet jeśli nasze oczy nigdy go tak naprawdę nie widziały.

„Grzechy wodnika” mogą zresztą przyczynić się do tego, że jeszcze szybciej zarezerwujecie sobie bilet lotniczy w celu bliższego zapoznania się z tą krainą. Nie mam pojęcia o co chodzi w tytule tej płyty, gdyż kanał EzoTV oglądam rzadko, ale muzyka serwowana przez Mongrel’s Cross to materiał pierwszej klasy. Jak na Australię przystało, stylistycznie sytuuje się ona gdzieś na przecięciu thrash- i death metalu, z obowiązkową domieszką smoły i siarki. W pierwszej chwili przekonany byłem, że jest to jakiś uboczny projekt bardziej znanych muzyków, bo jak na debiutantów grają na zaskakująco wysokim poziomie, właściwie z miejsca wbijając się do rodzimej czołówki. Żadnego personalnego powinowactwa nie udało mi się jednak wytropić, więc tym bardziej chylę czoła przed Mongrel’s Cross i wytrzeszczam oczy ze zdumienia przy niektórych fragmentach „The Sins of Aquarius”. Nie jest to oczywiście nic nowatorskiego i całkiem na miejscu będą padające tu i ówdzie porównania do Deströyer 666 (w tym bardziej szorstkim wydaniu), ale poziom tej muzyki nie ustępuje wyżej wymienionym, co samo w sobie jest niemałym sukcesem. Ja w każdym razie chętnie przyjmę dowolną ilość utworów o takiej mocy uderzeniowej jaką ma chociażby „Rabid Inception” i na pewno nie będę narzekał, że przypomina mi to tę czy inną załogę. Innymi słowy, jest to jedna z fajniejszych płyt jakie w tym roku wpadły w moje łapska, nie tylko jeśli chodzi o ten rejon świata.

Aby posłużyć się wyświechtanym jak katana Fenriza zwrotem, australijski metal jest po prostu jak dobre wino, więc jeśli ktoś ceni sobie dokonania wspomnianego Deströyer 666, Gospel of the Horns, Vomitor, czy nawet nieodżałowanego Atomizer, to powinien być z tej płyty więcej niż tylko zadowolony. Da się tu nawet wyczuć pewien pierwiastek dzikości przywodzący na myśl dokonania Bestial Warlust, mimo że Mongrel’s Cross porusza się generalnie w wolniejszych tempach. W zasadzie mamy tu do czynienia z esencją tego, co w australijskim metalu najlepsze i choć klasyczne pozycje z tego kontynentu nie zostały jeszcze przez „The Sins of Aquarius” zdeklasowane, to koledzy z Deströyer 666 mogą już czuć oddech tej młodej ekipy na karku.

Michał Spryszak