MODULAR STRING TRIO – Chlorofil (Audio Cave)

Nigdy nie lubiłem Apocalyptiki. Nie lubiłem akademicko ukształtowanych panów, co ciągają smyczki. Gdzie w tym czad? Tak, nienawidzę tego słowa. Czad kojarzy mi się z głupkami, co potrafią w tym jednym słowie zawrzeć całą recenzję. A jednak, kiedy dzisiaj słucham „Chlorofilu”, na temat Apocalyptiki mogę powiedzieć jedynie, że to… czad. Bo jakoś głupio analizować muzykę Finów – gwiazdorów, skoro gdzieś w Polsce gra Modular String Trio, które za pomocą niepozornych i w zasadzie całkowicie „nie czadowych” instrumentów potrafi rozpętać w głowie piekło.

Sam się sobie dziwię, że taki zespół mógł wspaniale przeorać mi mózg. Ta muzyka ma w sobie coś absolutnie niszczącego, co nie pozwala by słuchać jej jednym uchem. Oczywiście, jest w tym moim pisaniu trochę egzaltacji, chcę pokazać, jak bardzo odjechałem od typowej rzeźni, choć jednocześnie słucham „Chlorofilu” właśnie dlatego, że taką rzeźnię (kolejne słowo – głupota) robi z mózgu. Skład jest prosty – skrzypce (Sergiy Okhrimchuk), wiolonczela (Robert Jędrzejewski) i kontrabas, a na dokładkę pan obsługujący syntezator modularny (Łukasz Kacperczyk). Z gromady najbardziej znany jest kontrabasista Jacek Mazurkiewicz, wałęsający się ze swoim instrumentem  w bardzo różnych kierunkach, zresztą, poczytajcie sobie coś na jego temat. Najnowsza płyta MST przynosi muzykę nie tyle dojrzałą, nie tyle poważną co zamkniętą w sobie. Czuję, że te dźwięki są w jakiś sposób zwrócone ku sobie, niespecjalnie zainteresowane by wejść między słuchaczy. I trzeba niejakiego wysiłku by wejść w ten świat.MST

Jak można scharakteryzować muzykę? Przede wszystkim – improwizacja. Płyta została zarejestrowana podczas koncertu w Łódzkiej Fabryce Sztuki, co już daje gwarancję, że nie ma tu ściemy, tylko sama prawda o dźwiękach. Po drugie – liczy się brzmienie. Cyzelowanie każdego szmeru struny, każdego zgrzytu jaki może wydawać wiolonczela; w zasadzie dla samego odkrywania w jak kreatywny sposób można wydobywać dźwięki z tych klasycznych instrumentów warto sięgnąć po płytę. Zespół swoje poczynania rozpina między typowo awangardowym testowaniem przestrzeni (utwory „MST 03.00.22” a w szczególności brawurowy „MST 03.00.18”) a własną, rozjechaną wizją muzyki klasycznej w „MST 03.00.19”, by w zaskakujący sposób nawiązać do muzyki ludowej „MST 03.00.20”, choć mam wrażenie, że to takie przekomarzanie się ze słuchaczem, kaprys zespołu, by na chwilę wypuścić na powierzchnię dźwięki, które zabrzmią swojsko. Coś takiego na gitarach zrobiła Opla, ale Modular String Trio jest bliżej absolutu bo za pomocą poniekąd ludowych instrumentów dotyka tradycyjnego oberka, który w ich wykonaniu nie ma nic wspólnego z wiejską kulturą. Poczucie takiej przewrotności towarzyszy mi przez całą płytę. Ciągle szukam klucza, mrugnięcia okiem, ale nie, to jest poważna sprawa. Dopiero pod koniec lektury łapię się na tym, że wcale nie brakuje mi np. perkusji, bo muzyka MST ma w sobie gdzieś tam wszczepiony puls, zaś panowie grają w taki sposób, że raczej pobudzają niż usypiają. Czym jest z kolei syntezator modularny? Odbieram jego obecność jako swego rodzaju spoiwo, olej, który powoduje, że tryby czyli strunowce mogą pięknie płynąć w nieznane. Trudna to płyta, wymagająca, ale jednocześnie dająca jakiś rodzaj ukojenia.

Arek Lerch

Sześć