MOANAA – Passage (Arachnophobia)

Słuchając płyt takich, jak „Passage”, zastanawiam się, gdzie przebiega – bardzo niewyraźna przecież – granica między sztuką a rzemiosłem, a ściślej rzecz ujmując, w którym miejscu twórca zaczyna być odtwórcą. Rozumiem, że nie każdy musi być wizjonerem, a grać należy przede wszystkim to, co naprawdę się czuje. Czasem jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że wielu płytom to właśnie tego feelingu brakuje. Lubię wydawnictwa, które ociekają potem ich twórców, a każdy dźwięk jest naznaczony prawdziwymi emocjami. Najczęściej tego rodzaju albumy wcale nie są skrojone idealnie na miarę, często coś gdzieś się nie do końca zgadza, nierzadko nie brzmi jak należy. Prawie zawsze ta muzyka jednak zaskakuje, wciąga i intryguje, także za sprawą pewnych niedociągnięć, jednak nade wszystko za sprawą zwykłej szczerości. To, co poprawne, często jest nudne, nieciekawe, nie skupia uwagi. Po prostu jest.

Tak, jak „Passage” jest drugim albumem w karierze Moanaa. Jest to płyta-standard, najzwyczajniej w świecie wzorzec post-metalu. „Passage” uosabia wszystko to, za co można post-metal kochać i wszystko, za co można go nienawidzić. Lubicie długie, rozbudowane i drobiazgowo skonstruowane kompozycje? Obie części „The Process”, „Terra Mater” czy zamykająca album „Grim Encounter” spełnią Wasze oczekiwania. Przy okazji, utwory te są idealnym przykładem typowych post-metalowych dłużyzn i mielizn, których na całym „Passage” znajdziemy bez liku. Łączą one charakterystyczne dla gatunku schematy cicho-głośno, rozwijają się powoli i mozolnie, z reguły nie grzeszą dynamiką (wyjątkiem jest najlepszy na krążku „The Shift”, kiedy to Moanaa dostaje niespotykany zastrzyk energii), a już pod żadnym pozorem nie będą zaskakiwać nowymi rozwiązaniami kompozycyjnymi czy aranżacyjnymi. Gitary pracują dokładnie tak, jak powinny – z jednej strony malują pełne przestrzeni, post-rockowe pejzaże, z drugiej rzeźbią ciężkie, monumentalne riffy. Stojący za mikrofonem Rafał Kwaśny również idealnie wpasowuje się w kanon, oferując zarówno melodyjne, czyste partie wokalne (które wypadają raczej tak sobie), jak i mocny, bardzo siłowy wokal na granicy krzyku i growlingu. Momentami nieco brakuje mu ekspresji, zasadniczo jednak daje radę, zwłaszcza w mocniejszych partiach – nawet, jeśli mam wrażenie, że chłop za chwilę wypluje wnętrzności. m

„Passage” to zatem album poprawny, właściwie nawet niezły, ale przez to, że całkowicie zamknięty w swojej niszy, również niezbyt ciekawy. Druga płyta w dyskografii Moanaa nie oferuje niczego, czego byśmy już nie słyszeli ponad dziesięć lat temu na wydawnictwach Cult Of Luna czy Isis. Sytuacji „Passage” nie poprawia fakt, że muzyce właściwie brakuje większej ekspresji i jakiejkolwiek dynamiki, a całość ciągnie się niezmiennie w niemal identycznym tempie. Raz jest ciężko, raz klimatycznie i tak – muszę to powiedzieć – do usranej śmierci. Mało jest płyt, które w tak bezbłędny sposób łączyłyby wszystkie cnoty i grzechy jednego gatunku, a przy tym w gruncie rzeczy nie wzbudzały praktycznie żadnych emocji.

Być może jednak takie płyty są też potrzebne. Może – choć bardzo w to wątpię – to właśnie „Passage” będzie dla kogoś pierwszym post-metalowym albumem i może właśnie takiej osobie się spodoba. Wyobrażam sobie teraz efekt wow, jaki na takiej osobie zrobią wydawnictwa Neurosis czy Cult Of Luna. A może, tak po prostu, potrzebny jest ktoś, kto na polskiej scenie wypełni lukę po Blindead? No, przynajmniej spróbuje, bo choć poszczególne klocki są dokładnie takie same, to jednak te dwa zespoły zbudowały inną jakość.

Michał Fryga

Trzy