METZ – Metz II (Sub Pop)

Paul Erickson z legendarnego Hammerhead zwykł mawiać, że jeśli ktoś grać nie potrafi, powinien być przynajmniej głośny jak cholera. Ta maksyma sprawdzała się w przypadku wielu bandów z pierwszego okresu dominacji noise rocka na ziemi. Okazuje się, że i dzisiaj są wykonawcy, biorący sobie te słowa do serca. Np. kanadyjski Metz.

Pomijam tu istotne pytanie, dlaczego Kanada wypuszcza na świat takie ilości noise’owych zaprzańców. Sorry, taki mamy klimat, zakrzykną mieszkańcy Toronto. Druga płyta tego zespołu to wręcz modelowy przykład grania, powstającego na styku math rockowego taktowania i noise’owej luty najwyższej próby. Pozornie nie ma tu niczego nowego czy odkrywczego. Może jedynie furia połączona z biegłością we władaniu instrumentami może mile zaskoczyć. Brzmienie płyty przyprawia o ból głowy. Gitarowe smagnięcia wkręcają się w łeb, natrętnie żłobiąc w nim dziurę, jak za starych dobrych czasów. Znakomicie pracuje sekcja rytmiczna, poczynając od typowych, motorycznych pochodów znanych z dokonań największych gwiazd Amphetamine Reptile Records, po niemal nowofalowe zimno i nieco matematyczne łamańce (na szczęście – oszczędnie i bez przesady). Ciekawostką jest to, że w tych najbardziej intensywnych momentach, ładunek agresji i skrzecząca, jazgotliwa gitara zbliżają Metz gdzieś w okolice wczesnego Dead Kennedys. Inna sprawa, że wyraźnie czuję tu punkowego ducha. Przynajmniej w bardzo rebelianckim klimacie emanującym z nagrań.Metz band

Jasne, że ciągle gdzieś kołacze się pytanie o to, gdzie można posmakować czegoś nowego a gdzie znajdujemy tylko i wyłącznie kolejne repetycje – nawet najlepsze – dobrze znanych pomysłów sprzed lat. Kanadyjczycy, niczego nie odkrywając, stworzyli kawał więcej niż dobrej muzyki, która drażni jak za starych czasów, pobudza krążenie i utwierdza mnie w przekonaniu, że prędzej ogłuchnę niż napędzana monstrualnym przesterem gitara się zestarzeje.

Arek Lerch

Cztery i pół