MESHUGGAH – The Violent Sleep of Reason (Nuclear Blast)

Meshuggah, Meshuggah… Czym byłby współczesny metal bez szwedzkich rzezimieszków? Prawdopodobnie dokładnie tym, czym jest Dream Theater od czasów nieobecności Mike’a Portnoya albo piernik pozbawiony czekolady. Bytem z aż nadto zauważalnymi brakami, elementami niedokończonymi i jałowymi. Zresztą, każde dziecko wie, że to właśnie Haake z kolegami złożyli zręby zbierającego szereg kontrastujących ze sobą opinii djentu. Tak, tak, gdyby nie obecni podopieczni Nuclear Blast, prawdopodobnie do zera zmalałaby możliwość ciągłego wysypu formacji władających potęgą ośmiostrunowych Ibanezów i niesfornością schludnie ułożonych, starannie pielęgnowanych grzywek. Tylko że Meshuggah sprokurowali plagę, która nie doczekała się właściwie żadnego godnego rangą powiernika. Animals As Leaders dobitnie udowodnili, że z gatunkiem bazującym na opatrzności nieparzystego metrum naszpikowanego monotonią gwałtu nisko strojonych gitar mają już niewiele wspólnego. Periphery? No proszę… Tesseract? W tej chwili mogę podać nazwy znacznie skuteczniejszych środków nasennych. Coście zrobili, Meshuggah?!

Przez 29 lat sporo fajnych rzeczy. Są jeszcze tutaj thrashowi maniacy pamiętający wydane w 1991 roku „Condradictions Collapse” napędzane duchem „And Justice For All” wiadomo kogo, gdzie ów duch nabrał wiatru w skrzydła, dzięki chwytliwości i skoczności raczkującego wtedy groove? Doskonale wiem, że nie. Ale kiedy kilka wiosen później światło dzienne ujrzało opus magnum Szwedów, „Destroy, Erase, Improve”; beztrosko prujący ku nieznanemu debiut można było uznać jedynie za drobną pomyłkę, skutek uboczny usilnych poszukiwań. Albo zwyczajnie swoisty dowcip będący wprowadzeniem w prawdziwą dojrzałość muzyczną chłopaków. A później było już wyśmienicie. Ów krążek brutalnie wdarł się w nieco skostniałą scenę metalową i skutecznie ją zrewolucjonizował, kreując trendy i mody, o jakich nikt wcześniej nie byłby zdolny pomyśleć. Bardzo wesoło toczyło się aż do wyśmienitego „Catch 33”. Później nasi milusińscy najwyraźniej stwierdzili, że w parze z innowacyjnym podejściem powinna zwiększyć się zasobność portfeli. No i nadeszły chude lata. „obZen” i Koloss, wedle przewidywań, okupiły całkiem ciekawe pozycje na listach przebojów, a co za tym idzie, znikały z półek sklepowych znacznie szybciej niż poprzedniczki. Szkoda jedynie, że zamiast twórczej ekwilibrystyki nadeszła zabawa z kompromisami i szerszym gronem odbiorców. Sytuacji nie ratował nawet sztandarowy przebój grupy, „Bleed”.meshuggah2016a

„The Violent Sleep of Reason” bynajmniej nie zdawało się być lekarstwem na nagłą kastrację stylu skandynawskiego składu. Na całe swoje szczęście, horrendalnie się pomyliłem i do tej pory oddycham z ulgą, ilekroć odbywam pełne wrażeń rendez vous z ósmym dziełem Meshuggah. Jest ono powrotem do złotych czasów kapeli, kiedy nie liczyło się nic oprócz klinicznej magii zaklętej w mechanicznych strukturach kawałków. Zresztą, nie tylko. Dynamiczne „MontroCity” przyjemnie oczarowuje zwartą, thrashową motoryką, a „Nostrum” bardziej enigmatycznym niż kiedykolwiek klimatem. Oczywiście, składowe stylu nie uległy znacznym reformom. Jens ku mej uciesze nadal niszczy sobie gardło w fascynujący sposób, Tomas Haake raz po raz wprawia w osłupienie sterylną precyzją krzesanych z aptekarską precyzją zagrywek, a gitarowy duet Hagström – Thordendal mnogością kiereszujących riffów i hipnotyzujących solówek.

Jak to dobrze, że Meshuggah po lawirowaniu między bramami mainstreamu a metalową niszą w końcu zszedł na Ziemię, by zwyczajnie robić swoje. Robić swoje metodami bolesnymi, ciężkimi i do bólu bezpośrednimi. Arrrggghhh!

Łukasz Brzozowski

Cztery i pół