MENTOR – Cults, Crypts & Corpses (Pagan)

Takie powroty bardzo lubię. Mentor, który początkowo wydawał się być jeno kaprysem kilku mniej lub bardziej znanych muzykantów, okrzepł, złapał wiatr w żagle i zapodał swoją nową, drugą płytę. Równie obleśna jak debiut, brudna i zaskakująco szczera – tu nie ma miejsca na umizgi i przybieranie póz. Jest metal. Po prostu.

Zespoły pokroju Mentor są dzisiaj policzkiem w twarz całej, metalowej ekipy. Z dwóch powodów – po pierwsze, bo zajarzyły, że najgorszą z możliwych cech, jakie posiada metal jest przaśne nadęcie i wkurwiający patos, po drugie, bo bezpardonowo wchodzą w mariaż z obskurnym punkiem, tym samym, z jakiego metalowa brać jeszcze jakiś czas temu kpiła a w najlepszym razie traktowała ze swojego, technicznego piedestału z dużym, podszytym sarkazmem lekceważeniem. Dzisiaj to właśnie ten punk powoduje, że metal zyskał nowe rumieńce. Od przaśnego metalcore’a, przez infekowane d-beatem death’n’rolle aż po tak wyraziste bestie jak Voidhanger i rzeczony Mentor. Być może jak zwykle się nie znam, ale to dzięki nim prawdziwy, uliczny metal zyskał nowe życie. Druga płyta śląskiego kwartetu potwierdza to w całej rozciągłości.Mentor

Jako, że zespół zasilają starzy wyjadacze (każdy dobrze wie, jacy), nie ma sensu rozwodzić się specjalnie nad techniczno – brzmieniowymi aspektami, bo te są na najwyższym poziomie. Panowie wiedzą, że przesadzać nie wolno, dlatego nie zaprzątają sobie głowy popisami, które oczywiście są, ale rozumiane raczej jako podstawa sprawnego, perfekcyjnego wręcz wykonywania swojej roboty a nie kuglarskie próby uwiedzenia młodego adepta czarciej sztuki. A skoro popisów nie ma, jest konkret. Riff-baza Mentora to klasa sama w sobie; oczywiście słyszę tu powinowactwo z modnymi parę lat temu klonami Entombed czy Disfear, jest wokalny gruz, momentami ładnie przełamywany nutką pustynną (nie na darmo pan Kałuża drze się pięknie w JD Overdrive), podobny rytmiczny kontekst, pchający maszynę do przodu, jednak co mnie ujęło w tym zespole, to fakt, że wszystko robią po swojemu i jakiekolwiek dosłowne porównania sensu nie mają. Mentor prochu nie wymyśla, raczej pięknie odnajduje się w roli brudnego kolegi z podwórka, infekuje mózg opowieściami o cmentarnych potworach i innych czartach, ale wszystko z odpowiednim przymrużeniem oka. Nie tak, by powstał kabaret, co to to nie  – ale tak, by każdy czuł, że zespół ma do opowieści dystans i traktuje je jako zabawę, odreagowanie po codziennym dniu pracy na kopalni. I taki metal to ja kupuję.

Arek Lerch

Zdjęcie: Marcin Pawłowski

Pięć