MELA KOTELUK – Migawka (Warner Music Poland)

Z niejakim rozbawieniem znajduję Melę Koteluk pod hasłami „rock” i „pop”. Owszem, określenia takie są potrzebne, ale w sytuacji realnej przynależności. Ze swoją najnowszą płytą Mela dystansuje się od jakichkolwiek szufladek, proponując po prostu muzykę, której nie sposób jednoznacznie zdefiniować, bo każda próba upchnięcia „Migawki” tu czy tam, zakończy się poturbowaniem tej zacnej płyty.

Historia nadwiślańskiego popu jest długa, kręta i pełna wybojów. Pamiętam czasy (a może to po prostu był mój stan świadomości), kiedy zwrot „polski pop” kojarzył się z przaśnym, głupim i całkowicie pozbawionym ambicji muzakiem, sprawdzającym się jedynie jako rozrywka dla mas. Z czasem sytuacja zaczęła się poprawiać, przynajmniej od strony technicznej, jednak dopiero w ostatnich latach mamy do czynienia z czymś co nazwałbym mariażem popu z alternatywą, wreszcie pozwalającym bez żenady wsłuchiwać się w kolejne, doskonałe produkcje. Produkcje, które zachowując popową przyswajalność, często taneczny sznyt i przebojowy potencjał, oferują coś więcej, głębię, intelektualny bagaż, który powoduje, że bardzo często są to płyty, doskonale znoszące próbę czasu. Począwszy od Gaby Kulki, przez Anię Dąbrowską, muzyczne duety, Brodkę czy męski trop w postaci Dawida Podsiadło, muzyka łączy nie tylko pokolenia ale i przeciwstawne, muzyczne obozy. To miłe uczucie, choć takie płyty jak „Migawka” to jednak wyjątki na tym polu. I tu pojawia się pytanie, czy Mela Koteluk to ewenement, czy doskonale wpasowany w ten biznesowy typ produkt. W zasadzie wszystko odbywa się zgodnie z kanonem, porównanie do Dawida nasuwa się samo (chociażby odmładzająca przerwa i casus trzeciej płyty…), jest jednak w muzyce Meli coś takiego, co powoduje, jak już napisałem we wstępie, że określenia pop czy pop rock nie mają tu jakiegokolwiek sensu.mk

Mela to przede wszystkim potęga kompozycji i melodii. Melodyka jest kluczowym elementem sukcesu, bo nie podpada pod żadną kategorię. Owszem, może na siłę przywoływać ducha Kate Bush. Można sięgać do Kulki, ale faktem jest, że wokalistka stworzyła swój własny świat z konsekwencją podobną wspomnianej Brodce, choć nie poszła jednak aż tak bardzo w przeintelektualizowane zadęcie. Prostota i naturalizm tych zwiewnych kompozycji to podstawa, sposób konstruowania linii melodycznych to drugie i zasadnicze wyjście z szeregu. Początkowo może się to wszystko wydawać zbyt emocjonalne, może nawet lekko pompatyczne, jednak im dłużej pozostajemy w zasięgu tej muzyki, tym bardziej widać, ze jest to naturalna, niewydumana koncepcja. Że widzimy prawdziwą artystkę, która ma swój własny, niczym nie skażony świat. Inna sprawa, że skomplementować należy zespół, który jest z wokalistką związany wręcz organicznie. Podobna symbioza, choć jak się okazało – na krótszy moment, miała miejsce w przypadku Rity Pax, gdzie rewelacyjnej Paulinie Przybysz towarzyszyła trupa tyleż profesjonalna, co bardzo oryginalna. I to słychać w każdym momencie płyty „Migawka”. Niezależnie, czy mamy do czynienia z wątkiem bardziej rockowym, czy skręcającym w stronę dream popowej wrażliwości złamanej folkiem, zawsze dostajemy dźwięki, które znaczą coś więcej niż tylko typowy drugoplanowy podkład. Zastanawiam się wręcz, czy sama Mela mogłaby bez tego zespołu istnieć na równie wysokim poziomie. Zresztą, odwrotna sytuacja jest tak samo dyskusyjna. Ten układ się sprawdził i dostarcza przedziwnych wrażeń estetycznych. Najlepsze momenty – lepiące się du ucha kawałki „Doskonale” czy „Ogniwo”, hipnotycznie oszczędny „Los Hipokampa”, smutas „Ja, fala” i kunsztowny aranżem „Tańczę, przepływam”. Zresztą, cała płyta to majstersztyk.

Arek Lerch

Sześć