MEKONG DELTA – Intersections (Steamhammer Records)

Do większości reunionów oraz powrotów na scenę (niezależnie czy to hc/punk/metal) podchodzę dość sceptycznie. Jednym z takich comebacków z zaświatów jest przywrócenie do życia niemieckiej (nomen omen bardzo niedocenianej) grupy Mekong Delta. Ów skład lata temu mieszał i to sporo, nie mniej jak Watchtower i inni przedstawiciele technicznej odmiany thrash metalu, ale ku mojemu rozczarowaniu w zestawieniu czołowych, thrash metalowych aktów, zawsze plasował się niżej niż wiadomi przedstawiciele zza Odry.

Nowe, drugie już dzieło Mekong Delta po reaktywacji,  to – co stwierdzam trochę z przykrością – rzecz tylko dla starszych fanów metalowego rzemiosła, którzy pamiętają tamte nagrania. Dlaczego? Ano z prostej przyczyny – bo „Intersections” to sentymentalna podróż po ówczesnych dokonaniach tyle, że w lekko zmienionych aranżacjach i w nowej oprawie brzmieniowej. A jak się ma to do tego, co dzieje się w 2012 roku? Cóż, ilość i mnogość dźwięków na „Intersections” niby robi wrażenie, a umiejętności zarówno obu nowych gitarzystów jak i jedynego oryginalnego członka zespołu (tj. basisty – a wcześniej gitarzysty Ralpha Huberta – przyp.red) mogą przyprawiać o zawrót głowy, ale czegoś tutaj brakuje. Oczywiście, jest to ocena wyłącznie subiektywna, bo wszelkiego rodzaju remasterów czy ponownych nagrań przeważnie nie lubię, i dlatego traktuję ten krążek jako osobną pozycję w dyskografii. Zatem jeśli nie znasz Mekong Delta, to wiedz, że kreatywności jest (i było) w tym zespole aż w nadmiarze i niemiecki  kwintet śmiało mógłby obdarować pomysłami młodszych kolegów. Ale próba odświeżenia materiału – bo co z tego, że choćby wokalnie są growle, tradycyjny heavy metalowy śpiew, czy od czasu do czasu lekki przester  i nałożone efekty –  nie robi większego wrażenia. To samo tyczy się (nie wszystkich, ale tych najbardziej) rozbudowanych kompozycji z niezliczoną ilością tematów. Niby płyną, niby od czasu do czasu jest zryw, jest ten kop, którego oczekuje się od tego typu zespołów („Memories of Tomorrow”), a mimo wszystko, coś jest nie tak i nie łapię się na tym, że wracam do konkretnej kompozycji z racji na dany fragment, nie mówiąc już o całej strukturze utworu.

Nie ma co dalej narzekać. Fani zespołu najprawdopodobniej będą z tego albumu czerpać przyjemność. O tyle o ile przekonali się do nowego składu. Młodsi słuchacze, wkraczający w świat Mekong Delty mogą się do tego zespołu nie przekonać. A szkoda.

Grzegorz „Chain” Pindor