MASTODON – Cold Dark Place (Reprise Records)

Mastodon za sprawą „tego filmiku z nosem” („Steambreather”) i „filmiku o pani (?) śmierci” („Show Yourself”) uczynił spore zamieszanie wśród mojej dziatwy. To pokazuje, jak modelowo zbija się „kapitał społeczny”. Mastodon, póki co, jeszcze nie wyskakuje nam z lodówek i nie stanie się tak za sprawą mini albumu „Cold Dark Place”, na którym zespół odważnie powstrzymuje swoje komercyjne zapędy, paradoksalnie prezentując swoje najłagodniejsze dotąd oblicze.

Powoli i systematycznie Amerykanie przyzwyczajali nas do łagodniejszych brzmień. Po ewidentnym sprzedaniu się mamonie na „Curl of The Burl”, słuchając „Show Yourself” wcale nie chce nam się już krzyczeć o zdradzie metalu i wyrzekaniu się sludge’owych korzeni. Oczywistym stało się, że Mastodonowi jest bardziej po drodze z Lynyrd Skynyrd i The Allman Brothers Band niż wczesnym Melvins. Dlatego sądzę, że już nikt nie powinien czuć się zaskoczony czy oszukany nagromadzeniem na tej czteroutworowej płytce czterech… quasi ballad. To wciąż jest Mastodon. Może bardziej zrelaksowany, a może skupiony na tych nieco bardziej skomplikowanych emocjach. Trochę przygaszony, jakby rozliczający się z rzeczywistością, ale nie dołujący, ślicznie opakowany w południowo-rockowe granie, które nigdy nie podąża oczywistymi szlakami. Pomimo tego, że autorami muzyki na „Cold Dark Place” są wszyscy członkowie Mastodon, to jednak ewidentnie słychać, kto jest wśród nich mastermindem. Przez płytę prowadzą nas wyraźne fascynacje Brenta Hindsa country i bluegrassem, coraz to bliższe swoim pierwotnym formom. Nie ma tu jednak zgrywu w stylu rockabilly Fiend Without A Face, ani ociężałej psychodelii z „Once More’ Round The Sun” (choć podobno materiał na ep-kę powstawał w tamtym czasie). Nowy mini album to historie tkane ze względnie łagodnego liryzmu, melancholii i przyjaznego uśmiechu. Ujmujące jest z jaką nieśmiałością Hinds, tym swoim żabim głosem, śpiewa o rozstaniu z bliską mu osobą. Nie wiem czy owe skrępowanie wynika z intymnego charakteru tekstu, czy też z faktu, że fragment utworu „Dark Cold Place” w pewnym sensie przekracza Rubikon, pozycjonując zespół w okolicach już nie rockowej a popowej ballady. Zamiast alegorii z potworami w tle, mamy w „Toe To Toes” rachunek sumienia Hindsa („I played the fool, I played the sinner, I played the part of me that no one wanted to see”). W tym luzie i uspokojeniu wciąż obecna jest przygoda, poszukiwanie nowych rozwiązań muzycznych. Przejście z rozbuchanego sludge’u „Remission” i epickości „Crack The Skye” do większego wysmakowania dźwięku, przestrzeni, ciepła i melancholii „Cold Dark Place” nosi wszelkie znamiona progresji i jednocześnie nie ma w sobie nic ze smęciarstwa. Uzbrojone w wah-wah gitary i wokal Troya Sandersa w zwrotce „Toe To Toes” to chyba najbardziej porywający fragment muzyki jaki słyszałem w tym roku.Mastodon

Już o tym pisałem w którejś z recenzji – Mastodon miał już wszystko, natomiast za sprawą „Cold Dark Place” ma tego jeszcze więcej. Wspaniałe jest to nowe i jednocześnie znajome oblicze Mastodon. Wspaniałe jest to ogniste skapcianienie Amerykanów. A Mastodon w kapciach niszczy wszystkie te kapele w błyszczących glanach i trampkach… czy co tam młodzież dzisiaj nosi.

Kuba Kolan

Sześć