MARTIM MONITZ – Martim Monitz (Antena Krzyku)

Historia zespołu rozpoczyna się gdzieś w latach 90 – tych, kiedy członkowie MM grali jeszcze w Ciastku. Potem były długie lata głębokiego podziemia i wreszcie niedawno trójka muzyków, znanych z tamtej formacji zjednoczyła ponownie siły, by pod nowym szyldem połączyć stare a nawet jeszcze starsze fascynacje. Okazuje się zatem, że przy odrobinie dobrej woli można wymyślić coś całkiem oryginalnego, bo choć składniki, z których upichcili debiutancką płytę są powszechnie znane, to jednak konfiguracja jest niecodzienna.

Martim Monitz ponownie próbuje opowiedzieć historię, która rozpoczęła się w zamierzchłych latach 80 – tych, kiedy z jednej strony królował kicz a z drugiej przejmujące zimno nowej fali. I właśnie ów chłód jest elementem dominującym na debiucie Poznaniaków. Przejmujący obraz zniewolonych ludzi, którzy bezskutecznie próbują się wydostać z życiowej matni nabiera nowych barw, kiedy całkiem ciekawe, choć mocno dołujące teksty zestawi się z dźwiękami. Zespół wychodzi od klasycznie rozumianego, zgrzytliwego postpunka („Woda”). Konkretne, zwarte rytmy, czasami nieco połamane („Pogoda dla bogaczy” czy „Diabły”), to znowu sunące w nieśmiertelnym stylu Killing Joke i fajnie pulsujący bas są podstawą dla eksplodującej, maksymalnie hałaśliwej gitary, której nie powstydziłaby się Ewa Braun („Pogrzeb Clinta Eastwooda”), a na omawianej tu płycie jest instrumentem narzucającym tempo i nastrój. Oczywiście, zestawienie ponurych, skandowanych beznamiętnym głosem słów i zimnej muzyki od razu kojarzy się z „Nową Aleksandrią” Siekiery, do której dorzucono noise’owe opiłki i dzikość wczesnego The Birthday Party. I właśnie zderzenie nowej fali z energetyczną lutą rodem z chicagowskiego podziemia tworzy zupełnie nową jakość. Zespół gra wyraziście i zamiast wstydliwie chować fascynacje, uwypukla je jak tylko się da. Szczytowanie zaś osiąga, kiedy łagodzi nieco swój „zadzior” i wpada w toporny transik („Wiosna”), wtedy nawet to firmowe zimno musi ustąpić. Momentami mam wrażenie, że gdyby taka płyta powstała ze dwadzieścia lat temu, dzisiaj MM byłby znanym i szanowanym zespołem. Aktualnie osiągnięcie czegoś takiego jak popularność będzie ciężkie, ale Martim Monitz ma w sobie determinację, a przede wszystkim życiową równowagę muzyków, którzy mrzonki o karierze pozostawili dawno za sobą i dzisiaj mogą delektować się czystą, wymykającą się układom, sztuką.MM band

Debiut zespołu to dziesięć zgrabnie poukładanych kawałków, w których słychać wieloletnie doświadczenie z jednej strony i spokój „nie takich – znowu – debiutantów”, który pozwala im trzymać dźwięki (hałas?) na smyczy i sprawnie szczuć nimi słuchacza. Przyznam, że ta nieco sadystyczna zabawa bardzo mi odpowiada. Wprawdzie nie jest to muzyka na każdą okazję (trzeba mieć jednak nieco minorowy nastrój…), jednak w życiu są takie chwile, kiedy propozycja Martim Monitz trafia w moją skołataną duszę i mrozi ją niczym najlepsza wódka.

Arek Lerch

Cztery i pół