MARTIM MONITZ – Alba (Extinction Records)

Z niejakim zainteresowaniem przyglądam się ostatnio burzy wokół tekstu pana Szałaska na temat polskiego niezalu. Pojawiło się tam kilka śmiałych i bolesnych tez, parę innych, też ciekawych ujawniła polemika, choć więcej było w niej wrzasków i jęków. Co z tego wynika? W zasadzie nic, bo dyskutanci sobie a zespoły sobie, nawet jeśli część z nich faktycznie gra dla lajków na fejsie. Swoją drogą, okazuje się, że główna siła niezalu tkwi w tym, że nie reaguje na to co dzieje się wokół, bo gdyby było inaczej, połowa zespołów popełniłaby samobójstwo i np. nigdy nie posłuchalibyśmy nowej płyty Martim Monitz.

A co wynika z tego ostatniego faktu? No… w zasadzie znowu musiałbym napisać, że nic. Choć byłoby to złośliwe, ale skoro sam zespół bardzo realnie podchodzi do swojej działalności, nie oczekując tłumu piętnastolatek pod sceną i jest znudzony graniem ciągle tego samego materiału, to i ja mogę trochę mrugnąć okiem. Być może odchodzi to od tradycyjnie pojętej recenzji, nie dokonam rozbioru muzycznego, bo „Alba” to przede wszystkim triumf świadomości nad naiwnością, która oznacza próby osiągnięcia sukcesu większego niż ponad 50 osób zapisanych na fejsbukowym wydarzeniu. Martim Monitz to przykład zespołu, który gra bo odczuwa wewnętrzną potrzebę, niezależnie od sytuacji i zmieniającej się rzeczywistości, ale pozostaje także całkiem otwarty na współczesny świat. Pewnie dlatego muzyka z „Alby” budzi pewną dezorientację. Dlaczego?MM

Być może chodzi o połączenie starego świata reprezentowanego przez zimne, nowofalowe struktury, które na „Albie” są wyraźnie słyszalne z nowocześniejszym myśleniem o muzyce. Pisanie w tym kontekście o latach 80. jest wręcz nudne, bo wiadomo, że tam sięgają korzenie grupy, choć ich wykorzystanie jest inne niż np. u mocno melancholijnego Schröttersburg. Zastanawiam się czy surowość tego materiału, pewne nieokrzesanie jest zamierzone czy wyszło spontanicznie. Pozornie wszystko jest oczywiste – stary polski klimat wciąż żyje, jednak niepokoją wpływy noise, które były jednak wyraźniejsze na debiucie. Ponury klimat tej muzyki cofa nas w czasie, powtarzane słowa brzmią jak mantra, punktujący bas i motoryczne zapętlone bębny są bardzo sugestywne. Nagle pojawia się jednak utwór tytułowy, który jako żywo nawiązuje do modnych ostatnio na wpół improwizowanych, długich kompozycji, zresztą, obecność na płycie saksofonisty Tomka Gadeckiego także daje do myślenia. Te bardziej aktualne wątki są jednak tak sprytnie wplecione w całokształt muzyki, że nie można posądzić zespołu o unowocześnianie na siłę, oni po prostu próbują nowych rzeczy, szukają, burzą, być może miotają się nieco między starymi miłościami a czymś nowym. Co wyszło? Hałaśliwa, gitarowa jazda o wyraźnych korzeniach i chęcią na coś więcej. Czymś więcej jest jednak nie wspomniana we wstępie popularność a potrzeba rozwoju. Na „Albie” MM otworzył dla siebie bardzo wiele furtek. Intryguje mnie ta muzyka, ale i to, jaką drogę wybierze w przyszłości.

Arek Lerch

Pięć