MARK LANEGAN BAND – Gargoyle (Heavenly Recordings)

Kurczę, że pan Marek nie należy do najgorętszych zjawisk na ustach hipsterki, żadne to zaskoczenie. O mainstreamie nie wspominam. Mimo wszystko, nieco dziwić może jakże donośna cisza będąca odpowiedzią na premierę „Gargoyle”. Parę choćby nieśmiałych szeptów należy mu się przecież z urzędu, o zgrozo – za tak zwane nazwisko i za to, że nigdy nie zawiódł. Nie zawodzi i dziś.

No, może jeszcze za to, że nie szuka komfortu w cieple ognia tego nazwiska, ognia, jak już wspomniałem, niezasłużenie lichego, ale z pewnością zdolnego utrzymać przy życiu. Mało tego, w pomarańczowym blasku zrobiło mu się jakby zbyt ciepło, tak nie do wytrzymania. Nie pozostało zatem nic innego, jak instynktownie i podświadomie skierować swoje kroki gdzieś indziej. Idzie więc Mark boso, w niedbale narzuconej koszulinie, w zimę, chłód i zawieję. „Gargoyle” to bowiem album o wiele zimniejszy od poprzednika. Tamten, owszem, podszyty był niezaprzeczalną warstwą elektroniki wszelakiej, czasem służącą za powierzchowny ornament, innym zaś razem – trzymającą cały utwór w ryzach. Jeśli jednak porównać miałbym „Phantom Radio” do wietrznego żywiołu, byłby to niewinny, lekki zefirek, które przy najnowszym dziele Lanegana, mrozie na podbiegunowym kole co najmniej, jawi się ni mniej, ni więcej dziecinną igraszką. Choć – z drugiej strony – nie wypada też z elektroniki czynić diabła wcielonego, potrafiącego diametralnie zmienić temperaturę muzyki. Owszem, swoje na sumieniu ma, ale ostatecznie pozostaje zaledwie narzędziem w ręku tego, który pociąga za sznurki. A że temu uwidziało się radykalne porzucenie radiowego charakteru „Phantom Radio”… Albumu, dodajmy, doprawdy wspaniałego. Może nie naiwnie radosnego, ale momentami zaskakująco bujającego, a w ostatecznym rozrachunku – zupełnie innego, niż „Gargoyle”, w wymowie.Mark

Przyznam, że wracając ostatnio do tego krążka po chwilowym rozbracie, sam złapałem się na odsunięciu Lanegana gdzieś w ciemny kąt jaźni, raz jeszcze dziwiąc się, jakie to dobre, jednocześnie przebojowe i przepełnione liryką. „Gargoyle” chwilami równie mocno – a może i mocniej – uderza w ukrytą głęboko wrażliwość. Ot, w takim „Nocturne”, chociażby. Słuchając Lanegana, nasuwa mi się skojarzenie ze starym, potężnym i ospałym niedźwiedziem, który raz setny czaruje tym swoim przepalonym i przepitym, pewnym jak sama śmierć, a zarazem czyniącym wrażenie wiszącego na włosku, głosem. Hipnotyzuje i samą jego barwą opowiada swoją historię, czasem jedynie przepuszczając przez sito strun głosowych emocje o stężeniu, nad którym nie sposób przejść do porządku dziennego. Trzeba je przetrawić i przeżyć na swój sposób, odchorować dobitniej, niż ostatnim razem, bo i Laneganowi więcej na wątrobie zaległo. Mimo wszystko, pięknie jest się czasem tak wspólnie posmucić. Tak w nawiedzonym, eterycznym „Sister”, tkwiącym w niedopowiedzeniu „Drunk to Destruction”, jak i w najbardziej na krążku gitarowym „Emperor”. Mniej, niż na poprzedniku, jest tu oczywistych przebojów, a i te nieliczne niepozbawione są nutki melancholii. Nie chciałbym jednak, by zabrzmiało to jak zarzut, „Gargoyle” to wciąż bardzo dobra płyta; równa, szczera i do bólu laneganowska. Tyle, że z wierzchu wydaje się być szorstka i nieokrzesana, a bliższe spotkanie z kolcami łypiącymi na śmiałka z okładki może skutecznie zniechęcić do dalszych prób. Niesłusznie. Mark to Mark, czego by nie nagrał, będzie to rzecz bardzo dobra. Znów rozdał.

Adam Gościniak

Pięć