MARILYN MANSON – Heaven Upside Down (Loma Vista)

Niezbadane bywają koleje losu. Nie dalej przecież, jak kilka miesięcy temu, nigdzie indziej, jak na tych łamach, prezentowałem wobec Mansona stanowisko zupełnie obojętne (a może i nuta niechęci w tych słowach pobrzmiewała…?). Sprawy te zostawmy jednak historii; fakty pozostają faktami – splot interesujących wydarzeń sprawił, że na premierę „Heaven Upside Down” czekałem z nielichą ciekawością. Płyta już jest, świata może nie zmieni, tym niemniej: kontynuuje w pewnym sensie kurs obrany wraz z wydaniem „The Pale Emperor”, a to oznaczać może tylko jedno. Podoba się.

Bo właśnie poprzednika nowego krążka upodobałem sobie zdecydowanie najmocniej. Owszem, uważne zgłębianie bogatego dorobku Mansona wzbudziło we mnie szacunek i dla brudnej, bezkompromisowej surowości debiutu, i dla quasi – space rockowego, ekwilibrystycznego klimatu „Mechanical Animals”, i dla przebojów wypełniających „The Golden Age Of Grotesque”. W prawdziwe osłupienie wprawił mnie jednak dopiero „blady cesarz”. To wyznanie może, jak mniemam, zabrzmieć dziwacznie, ostatecznie – nie jest to krążek na nowo wynajdujący koło. Wręcz przeciwnie; czerpie z wszystkiego i wszystkich, z których tylko warto czerpać. Ale JAK czerpie. Zachwycam się, że Manson doznaje tutaj przemienienia, wchodząc w rolę zmęczonego życiem barda, bluesmana, opowiadacza historii. Twórcy zajmujących obrazów, których może nieco brakowało mi u niego wcześniej. Krzyk i kontrowersję przyćmiły sieci bogatych odniesień i nawiązań (teksty!), rodząc rzecz na wielu płaszczyznach intrygującą. I te piosenki, i to bezwstydne użycie elektroniki… Wszystko na swoim miejscu. Zachwycając się klasą „The Pale Emperor”, zastanawiałem się jednocześnie, co też ów Manson wymyśli w następnej kolejności. Gdzie się uda. Jeszcze mocniej w piosenki? Z powrotem do brudu i zgrzytów, bo sprawy przybrały zbyt wygładzone oblicze?MM

W dwie strony jednocześnie. Czy jest to zatem krążek rozchwiany? Niekoniecznie. Widzieć go można jako dwie odrębne całości, co ułatwia zresztą taka, a nie inna, numeracja. I tak: początkowo mamy do czynienia z Mansonem niezdecydowanym, uciekającym przed wszelką perspektywą chwytliwej piosenki. Jest ciężko, ale tak nie do końca. Stoją te utwory w mocnym rozkroku, i chociaż mansonowego sznytu i klasy odmówić im nie sposób, trudno także stwierdzić, by jakoś szczególnie porywały. Są poprawne, ale nie pragnę do nich wracać. No, może poza singlowym „SAY10”. To, co najciekawsze, dzieje się jednak gdzieś później. Ten rozchybotany, niby – ciężki wstęp traktuję jako nieodzowny element eksperymentów: musiał Marilyn sprawdzić, czy aby w bardziej tradycyjnych formach nie jest mu bardziej do twarzy. Nie jest. I tak… magia rodzi się na wysokości „KILL4ME”. Tak, tutaj zaczyna się ta lepsza część albumu. Bezwstydnie bujająca i przebojowa, momentami w zaskakującym stopniu nasycona elektroniką. Wręcz brit – popowa. Wspomniany numer bezwiednie przywodzi na myśl „The Mephistopheles of Los Angeles”. Takiego Mansona lubię najbardziej. A później? Później są „Saturnalia”: bogata, intrygująca i w tym samym momencie niepokojąca historia, pięknie łącząca rozedrganie z niewymuszoną przebojowością. I pięknie dociążony, wręcz rozbuchany, „Je$u$ Cri$i$”. I numer tytułowy, który swoim niezobowiązującym, amerykańskim feelingiem przypomina „Cupid Carries a Gun” z poprzednika. I osadzony w glamowej, dystyngowanej konwencji „Threats of Romance”. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości – piosenki z drugiej części płyty zostają w głowie na dłużej. To one stanowią sól tego krążka.

Czas na wyrok… Postawię zatem sprawę jasno – „Heaven Upside Down” poprzednika, przynajmniej w moich oczach, nie przebije. I nawet takich rewelacji nie oczekiwałem. Pragnąłem jedynie, by Manson dostrzegł, że właśnie w bezwstydnych rockowo – elektronicznych przebojach najbardziej mu do twarzy. Udało się połowicznie. Pierwsze, cięższe numery traktuję jako mrugnięcie okiem skierowane do słuchaczy marudzących za „starym” Mansonem. I nie jest to nic złego, naprawdę, tylko, że… zaburza równowagę tej płyty. Nie lepiej sięgnąć po jedno ze starszych wydawnictw i delektować się ciężarem w jego naturalnym środowisku? Tutaj on zwyczajnie nie pasuje. Tutaj są piosenki.

Adam Gościniak

Zdjęcie: Perou

Cztery i pół