MARIJANNAH – Till Marijannah (Pink Tank)

Nie będę ukrywał – do sięgnięcia po debiutancki krążek Marijannah skłoniła mnie egzotyczna narodowość muzyków. Zwyczajnie chciałem sprawdzić jak brzmi stoner metal z Singapuru, bo nigdy wcześniej takowego nie słyszałem. Death metal, grindcore – owszem. Co prawda nie jestem wielkim fanem Impiety ani Wormrot, ale przyznać trzeba, że są to kapele co najmniej solidne i sporo na metalowej scenie znaczące, a także nie traktowane tam jako orientalna egzotyka, a raczej jako porządne firmy, które nigdy nie zawodzą. Ale stoner? W kraju, w którym za posiadanie nawet najmniejszej ilości marihuany można spędzić 10 lat w więzieniu? W kraju, w którym za handel trawą grozi kara śmierci? Okazuje się, że impossible is nothing.

Marijannah nie jest jedynym singapurskim zespołem poruszającym się w podobnych klimatach. Całkiem ciekawą płytę w zeszłym roku wydało The Fadney Witchcult, debiutancką ep-kę wypuścił sludge/stoner metalowy hordes Kushna, poza tym cały czas aktywnych jest kilka innych kapel, między innymi Satan! czy Inuka. Łatwo można policzyć, że członkowie wszystkich zespołów okołostonerowych z Singapuru zmieściliby się do jednego niedużego autobusu, a biorąc pod uwagę fakt, że w większości tych kapel grają ci sami ludzie, to pewnie i do taksówki, ewentualnie dwóch. Generanie – Marijannah dużej konkurencji na lokalnym rynku nie ma.band

Mimo wszystko udało im się nagrać naprawdę fajną płytę. Fajna – to odpowiednie słowo. Nie jest odkrywcza, nie jest genialna, nie wyróżnia się na tle podobnych  produkcji, ale bardzo przyjemnie się jej słucha. Jest nadzwyczaj piosenkowa, psychodelicznych odjazdów nie ma tu praktycznie wcale, dużo za to ładnych melodii i bujających, post-sabbathowych riffów. Słychać tu Uncle Acid and The Deadbeats – w „Bride Of Mine” aż za bardzo. Po dwóch pierwszych kawałkach, bardzo udanych, nagranych z jajem, szorstkich i ciężkich, trochę się zawiodłem, bo w tym numerze nie ma niczego ciekawego. Randomowy riff (serio, jak z pierwszego lepszego numeru Wujka Kwasa) i bezbarwny wokal, wszystko to prowadzi zupełnie donikąd. Biorąc pod uwagę fakt, że na debiutancki krążek Singapurczyków składają się jedynie 4 kawałki, jest to spory zarzut. Co tu dużo mówić – ¼ albumu jest przeciętna. Na szczęście pozostała część się broni. Może i szczęka na podłogę mi nie opadła, ale jeśli za jakiś czas Marijannah wyda kolejny krążek (a panowie zapowiadają, że tak właśnie będzie) z pewnością z chęcią po niego sięgnę. Tak, stoner z Singapuru da się lubić.

Paweł Drabarek

Trzy i pół