MALLORY KNOX – Wired (RCA)

Może zabrzmi to dziwnie w kontekście mojego bardzo młodego wieku i muzycznych upodobań dzisiejszej młodzieży, ale nie lubię rocka alternatywnego. A precyzując: nowoczesnego rocka alternatywnego. Odnoszę wrażenie, że fani tej stylistyki żyją w błędnym przeświadczeniu siły słowa „alternatywny” przy opisie tego gatunku muzyki. Nie oszukujmy się, alternatywne to było może przy starcie całej brytyjskiej fali grzecznych, indie-rockowych zespołów. Problem tego taki, że mało kto już o tym pamięta, a tego typu podejście do rocka może jeszcze nie trąci myszką, ale jest wyświechtane do tego stopnia, by odpuścić sobie obcowanie z nim. A dlaczego wspominam o tym w kontekście trzeciego wydawnictwa długogrającego Mallory Knox? Ano dlatego, że Anglicy wpisują się w ten opis lepiej, niż ktokolwiek inny.

Szczerze powiedziawszy, nie potrafię zrozumieć, co spowodowało dosyć przytłaczającą popularność Mallory Knox. Oryginalni nie są. Ambitni i kreatywni też nie. Przynajmniej pod tym szyldem. Jedyną opcją pozostaje więc nachalna przebojowość ich płyt, która przy dłuższym kontakcie może spowodować poważne ubytki w słuchu. W żadnym wypadku nie próbuję robić z siebie purysty. Po prostu daleki jestem od opinii, że te piosenki zostaną zapamiętane przez słuchaczy na okres czasu dłuższy niż kilka godzin. Wszystko to z powodu przepisu na indie rocka, jaki ułożyli w swych głowach Brytyjczycy. W pewnych notkach o zespole przewija się też etykieta post-hardcore, ale stanowczo protestuję przeciw przypisywaniu Mallory Knox czegokolwiek związanego z hardcorem. Oczywiście, z szacunku do hardcore’a. A to z powodu zawartości “Wired” – naiwnej do tego stopnia, że aż głupio pomyśleć, że mowa o dźwiękach ułożonych przez dorosłych facetów. Po prawdzie sam nie wiem, jaka grupa ludzi uznawana jest za główną bazę fanów zespołu, ale jeśli nastolatkowie – nie zdziwiłbym się. Zawartość trzeciego albumu Mallory Knox to świetny soundtrack na wakacyjne przygody typowego gimnazjalisty. I do fascynujących wycieczek po fajki z kumplami, i do obściskiwania się z dziewczyną przy zachodzącym słońcu pasuje świetnie. Nie żebym prezentował poziom wyższy od statystycznego “gimbusa”, ale to właśnie przez infantylny charakter “Wired”, nie mogę się z nią przegryźć. Bo ta płyta zupełnie nie wyróżnia się z tłumu jej podobnych produkcji uczynnych chłopaczków z grzywkami do klatki piersiowej. Do schematu zwrotka-refren-zwrotka-czasem solo-refren nie zamierzam się przyczepiać. Piję do samego charakteru tych kompozycji: miałkich, zbudowanych na podstawie para-rockowych riffów, które zalane słodkimi melodiami wręcz irytują. Oprócz wyżej wspomnianych składowych na “Wired” składają się jeszcze wokalne wojaże, które również przekraczają dopuszczalny dla mnie poziom słodyczy. A do tego jeszcze te refreny, będące czymś na wzór stadionowych szlagierów do chóralnego odśpiewywania. Fakt, z początku mogą przyciągać, ale z każdym kolejnym utworem przesadna bezpośredniość i gęsto rozlany lukier odpychają. MK

Niestety, najnowsza propozycja Mallory Knox nie powaliła mnie na kolana. A zresztą, co tu mówić o zachwycie, skoro miałem problemy, by kilka razy wysłuchać jej do końca. Jedyne, czego serdecznie życzę Brytyjczykom, to ograniczenie słodyczy i wyrobów cukropodobnych w diecie. Ich nadużywanie grozi podwyższonym cholesterolem i problemami z krążeniem!

Łukasz Brzozowski 

Dwa