MALIGNANCY – Eugenics (Willowtip/Hammerheart)

Malignancy to  dorodny chwast wyrastający wprost z death/grindowego gnojowiska. Maniakalny twór, który od kilku dobrych lat raczy nas patologicznymi wyziewami, łączącymi mocno „pojechane” wizje świata opętanego przez wszelkiego typu zło, uosabiane w potwornych kreaturach z muzyką absurdalnie techniczną. Najnowsza, trzecia (!) płyta „Eugenics” obrazu tego zbytnio nie zmienia, choć jednocześnie jest chyba najbardziej przemyślanym i poukładanym kawałkiem muzyki w historii zespołu. W zdecydowanie pozytywnym tego słowa znaczeniu.

Gdzieś obok, w recenzji Grave napisałem, że techniczne granie nieco mnie zmęczyło. Dlatego też od razu przyznaję się do udokumentowanej schizofrenii – bo równolegle z „Endless Procession…” tłukę w odtwarzaczu  „Eugenics” i nic na to nie poradzę. A może chodzi o fakt, że Malignancy hołduje starej szkole technicznego grania? Czyli zamiast włączać do muzyki czyste wokale, eksperymentować z progresywnymi czy elektronicznymi odcieniami dźwiękowej mikstury, od początku do końca łoją swój rzeźniczy death metal. Który jest do bólu klasyczny, naszpikowany riffami, wykończonymi stylowymi piskami, przewidywalny, ale w taki pozytywny sposób. Słuchając „Eugenics” nie obawiam się, że nagle usłyszę jakiś dziwaczny pomysł, który będzie pasował tu jak pięść do oka. Zespół cały czas gra na pełnej spinie, wszystko jest naładowane agresją i okrutnymi tempami. Diabeł ma się z czego cieszyć. I byłoby wszystko niemal oczywiste, gdyby nie pałker, który zasługuje na osobną laurkę. Myślę, że muzycy doskonale zdają sobie sprawę, że to właśnie dzięki jego grze ich „pieśni” nabierają tego nieprzewidywalnego, maniakalnego charakteru. Nie wymieniam tu żadnego z nowych kawałków, bo w zasadzie wszędzie dzieje  się podobnie – dużo, więcej i jeszcze więcej – przejść, akcentów, niemal solowej gry pana Mike’a Hellera, który już niedługo „zagwiazdorzy” się na całego, zajmując krzesełko za zestawem bębnów w Fear Factory. W jaki sposób muzykanci zapamiętują te swoje wygibasy nie wiem, ale za to słucha się ich przednio. Nie ma tu odkrywania nieznanych lądów – od razu słychać, że to wszystko już było. Jednocześnie mam nieprzyjemne wrażenie, że „Eugenics” to album, jaki chciałbym usłyszeć w wykonaniu Dying Fetus.

Zamiast profesjonalnej puenty pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że kariera Malignancy będzie dalej kręcić się ku uciesze gawiedzi. Niech nasze zombiaki po akademii muzycznej dalej bawią się w najlepsze. Jeśli death metal ma być rozrywką, to w takim wydaniu jest najbliższy tej idei…

Arek Lerch