MALEVOLENT CREATION – The 13th Beast (Century Media)

Podoba mi się to jak się starzeją death metalowi wyjadacze. W większości klasyczne zespoły, które ikoniczne dla gatunku albumy wydawały w okolicach roku 1990, przetrwały do dziś i co ważne nadal zachowują przyzwoitą formę. Ba! Takie Cannibal Corpse czy Incantation ciągle nagrywają płyty, które mogą zawstydzić młode pokolenia. Do grona zespołów starzejących się z klasą należy też zaliczyć Malevolent Creation, a „The 13th Beast” potwierdza tę tezę w 110%.

Nie wiem czy Phil Fasciana tworząc riffy na nowy materiał zastanawia się nad tym, do kogo tak właściwie adresuje dziś dźwięki, które nagrywa jego zespół. Starzy fani śmierć metalu pewnie w dużej mierze już wyrośli z tego hobby, młodzi mają swoich idoli, więc gdzie jest prawdziwa grupa docelowa współczesnych słuchaczy Malevolent Creation? Wydaje mi się, że są to po prostu słuchacze dobrej muzyki. Wiem, to cholerny banał. Metal, piwko, ciężkie brzmienia to hasła wyśmiewane, nadające się na memy i ironiczne żarty spod wąsa. Ale czasem każdy z nas potrzebuje muzyki mniej wymagającej, odegranej na bardzo dobrym poziomie i skupionej na wartości doskonałego rzemiosła.MC

A „The 13th Beast” to rzemiosło wyniesione do poziomu sztuki, o ile oczywiście death metal można nazwać sztuką. Brzmi to jak gadanie nawiedzonego fana metalu z piwkiem w ręku, która zatacza się na Was na koncercie Kreatora czy innego Testamentu. Ale tak właśnie to czuję. Rzemiosło doskonałe. Wszystko tu gada tak jak powinno się to dziać w death metalu. Gitary ładują ciężkie riffy z prędkością karabinu maszynowego, perkusja z gracją czołgu rozprawia się z tematem rytmu, a opętany niedźwiedź na wokalu dopełnia dzieła. Jednocześnie powiedzieć, że to po prostu dobrze odegrane klasyczne ujęcie death metalu to małe uproszczenie. Phil wraz z ekipą starają się na drugim i trzecim planie przemycać sporo ciekawych patentów, dzięki którym materiał zyskuje odrobinę powietrza i nie trąci emeryckim sentymentem do „kiedyś to było”. A to błysną lekko połamanym rytmem, a to strzelą solówkę, która wyrywa z butów. Cały czas coś się tu dzieje i to jest chyba największa zaleta „The 13th Beast”. Nie wiem ile jeszcze płyt nagra Phil ze skrzykniętym na tę okazję kolejnym składem, ale na zakończenie powiem Wam tylko tyle, że nawet gdyby „The 13th Beast” była płytą ostatnią to historia kończyłaby się bez żenady. Nie jest to może poziom klasyków, których słucha się od lat, ale też nie jest to dół kloaczny, na którego poziomie jest ciągnięty od lat na siłę Deicide. Kontrast pomiędzy muzyczną „emeryturą” na przykładzie tych kapel jest wręcz porażający.

Nawet, jeśli za pół roku nie będę pamiętał o „The 13th Beast” i wrócę po raz setny do pierwszych płyt zespołu to i tak dziś w towarzystwie Malevolent Creation spędziłem kilka nadspodziewanie przyjemnych chwil.

Wiesław Czajkowski

Cztery i pół