MAJOR KONG – Doom For The Black Sun

Był sobie zespół Fifty Foot Woman. Dobry zespół. Nagrał dobrą płytę. I wtedy wokalista postanowił rozstać się z zespołem. Co zrobili pozostali muzycy? Zaczęli szukać nowego frontmana? Nie! Oni obrazili się na wokalistów, bo z nich to takie straszne narcyzy są. Wszystko chcą zgarniać dla siebie – kobiety, wino i śpiew. A co reszta zespołu, biedne misie?! Nic z tego – krzyknęli – znamy swoją wartość, też chcemy zapoznać dziewczyny i żaden wokalista nie będzie nam do tego potrzebny! Jak powiedzieli, tak zrobili…

I w ten sposób powstał Major Kong – instrumentalne trio, które jeszcze dosadniej puentuje i głębiej drąży w rockowej skale. O ile jednak w przypadku FFW można było mówić nawet o swego rodzaju przebojowości, o tyle „Doom…” to porcja hałasu, rozpościerającego się pomiędzy majestatycznym doom metalem, psychodelicznymi, ociężałymi oparami i mokrym, surowym sludge. Największe wrażenie robi produkcja płyty – toż to Nowy Orlean, wypisz, wymaluj! Kiedy posłucha się tej dudniącej sekcji, potężnych kotłów, rozpieprzających głośniki, ciepło robi się na duszy. Panowie wyraźnie zapomnieli, że mamy XXI wiek i trza używać komputerów. Gdzie tam, wystarczą mikrofony i odpowiednie pomieszczenie. Niemal monofoniczna rejestracja bębnów uwypukla ich kolosalne znaczenie w tej muzyce. Może nie ma tu jakichś wydumanych pomysłów, jednak rytmiczny fundament jest naprawdę solidny. Na nim rozpościerają się gitarowe pasaże – od topornych, jakby celowo uwstecznionych riffów aż po rozjechane, korzystające z pełnej palety efektów, rozedrgane przestrzenie. Gitary prowadzą swego rodzaju monolog, często wypuszczają się na długie solówki, mamiąc, otumaniając i hipnotyzując.

Nie ma tu żadnego utworu wybijającego się ponad równy, wysoki poziom, no, może zwracają uwagę te numery, które znalazły się już na ep – ce „Orogenesis” („Witches on my Land”, „The Swamp Altar”). Nawiązania do klasyki są, do bardziej współczesnych kolegów z bagien też, ale daruję sobie tym razem porównywanie. Major Kong nagrał płytę, która, w połączeniu ze stroną edytorską, już jest kultem i powinna znaleźć się w każdym domu, tuż obok Weedeater, EyeHateGod czy Bongzilla. Jednak wymieniłem te nazwy, ale jest to rzeczywista potrzeba chwili i chęć pogłaskania zespołu. Bo to dobre chłopaki są. Obawiam się tylko, że bez wokalisty będą mieli jednak problemy z podrywaniem przedstawicielek płci pięknej. Ale co tam, może uda się podryw „na gitarę”. Bębniarza pomijam, bo… wiesz, jak jest.

Arek Lerch