MADE IN POLAND – Kult (Antena Krzyku)

No i teraz mogę o „Kulcie” Made In Poland pisać. Kiedy za oknem coraz częściej pojawia się deszcz, rano zalegają mgły a wieczorem robi się zimno. Boli mnie gardło, jestem połamany i wkurwia mnie polityczno – wyborczy tumult różnej maści idiotów, uzurpatorów i ludzi zwyczajnie szkodliwych. W takim kontekście „Kult” jest odpowiedzią na moje żywotne potrzeby – kontestacji i złości. Mieszkam w Polsce i jako obywatel szary, rozumiem  złość ale i poczucie beznadziei, jakie płyną z tych nagrań.

W pewnym sensie czekałem na nowy materiał i kiedy zorientowałem się, że to stare piosenki (grane, ale nie nagrane wcześniej) w nowym opracowaniu, trochę się zasmuciłem. Na krótko, bo ich jakość, ładunek emocjonalny, teksty i opracowanie muzyki są na tyle znakomite, by zostać z płytą na dłużej. Pawłowski i Hajdasz zaprosili muzykantów z The Shipyard i to był strzał w dziesiątkę. Goście czują zimne, nowofalowe dźwięki, potrafią w prostocie odkryć drugie dno i tchnęli w starszą przecież muzykę (ponad 30 lat…) nowe życie. Inna sprawa to teksty, które, jak to już zostało zauważone, w niepokojący sposób dobrze puentują rzeczywistość AD 2018. Kwestia czy słowa są ponadczasowe, czy raczej rzeczywistość się cofnęła? Tak czy inaczej, punkowy duch obecny jest od początku do końca, tyle, że w nieco innym kubraczku stylistycznym.mip

Muzycznie jest świetnie – od razu uderza nas feeria barwnych skojarzeń. Wymyślcie sobie wszystkich tuzów smutnej i zimnej muzyki z lat 80. Dodajcie trochę gotyku, post punkowego zadziora i danie gotowe. Do przodu wysuwa się mechaniczna sekcja z prującym flaki basem Piotra Pawłowskiego, która podtrzymuje klawiszowo – gitarowe wariacje. Smutne, ale bardzo przestrzenne tematy wrzynają się w głowę – jasne, to nie są przeboje, ale jakaś hipnotyczna siła trzyma za ryj przez cały seans. Czasami mami klawiszem w „Ku świetlanej”, mrocznieje w gotyckim „Pod płaszczykiem prawa” (chyba najbardziej punkowy tekst na płycie…) a „Oto wasz program” mógłby znaleźć się w repertuarze Dezertera, gdyby ten zechciał dokonać nowofalowej konwersji. Wszystko kończy się ponurym, kurtisowym i obdartym z jakiejkolwiek nadziei „Ziemia bez śpiewu”. Napisałem, że płyta się kończy, co nie jest prawdą, bo zespół postanowił ten sam materiał dołączyć dodatkowo w wersji anglojęzycznej. I z tym mam zgrzyt, bo lubię zamknięte krążki, pewien określony zbiór. Nie rozumiem takiej potrzeby, tym bardziej, że muzyka Made In Poland jest tak polska i tak bardzo związana z naszą rzeczywistością – niezależnie czy byłą czy teraźniejszą – że nie widzę potrzeby wyłuszczania tego innym nacjom. Wystarcza tłumaczenia tekstów.

Tak czy inaczej, miłośnicy archeologii, wyznawcy smutnej, zimnej muzyki mają kawał znakomitej, sprawnie zagranej i nasączonej emocjami sztuki. Wolałbym nowy album The Shipyard, ale musi wystarczyć mroczny klimat – w odsłonie kolorowej czyli Dance Like Dynamite i w wersji deszczowo przygnębiającej w osobie MiP.

Arek Lerch

Zdjęcie: Marcin Pawłowski

Pięć