MACHINE HEAD – Bloodstone&Diamonds (Nuclear Blast)

Osiem albumów na karku, ponad dwie dekady na scenie, mnóstwo przygód i kryzysów czyni z Machine Head bardziej instytucję niż zwykły zespół i w takich kategoriach należy rozpatrywać dzisiaj ten do szpiku amerykański twór. A nowa płyta potwierdza tylko wszystkie plusy i minusy ich egzystencji. Mam wrażenie, że Robb Flynn chciał wyrzeźbić za sprawą „Bloodstone…” monument w skale i w sumie nie wiem, czy był to dobry pomysł.

Z mojego – co podkreślam – punktu widzenia twórczość Machine Head to taka sinusoida, gdzie znajdziemy rzeczy całkiem fajne jak i takie, przez które przejść się nie da. Polubiłem ich dopiero za „The Burning Red” (że niby nu metal?), który to album powstawał w okresie – ponoć – kryzysu, niezły był „Through the Ashes of  Empires” i wreszcie heavy metalowy rozmach „The Blackening”, pewnie najlepszej płyty MH. Nigdy jednak nie byłem w stanie w pełni im zaufać. Tym bardziej teraz, kiedy ukazuje się ósmy krążek, będący czymś w rodzaju pomnika. Pomnikowa jest okładka, pomnikowe jest ciężkie aż do przesady brzmienie, walące po bebechach wyciągniętymi dołami i tłukącą perkusją. W dodatku mam wrażenie, że nad tą płytą zawisła życiowa stabilizacja Flynn’a, dzisiaj statecznego ojca dorastających synów. Najbardziej doskwiera mi swoisty monumentalizm tej płyty. Jasne, już wcześniej zdarzały się im większe formy, których udanym przykładem jest wspomniany „The Blackening”, jednak podejrzanie wysokie stężenie ckliwości i sentymentalnych, smyczkowych „wjazdów”, rozmiękczających tu i ówdzie nowy materiał ewidentnie mnie drażni. Żeby było jasne – mogę docenić ogrom pracy włożony w płytę – wszystko jest cacy, każdy gra szaleńczo, partie gitarowe nie należą do ułomnych a thrash metalowy ołów w tych mocniejszych fragmentach budzi uznanie. Co nie zmienia faktu, że to płyta zwyczajnie nierówna, za długa i momentami przegadana (nie wiem, kto może docenić takie „Imaginal Cells”…) a wplatanie w niektóre fragmenty melodii rodem z filmów o tym, „jak kształtowała się amerykańska świadomość” mierzi mnie okrutnie. Denerwujące jest też to, że często dobre, masywne i zagrane z nerwem numery muzycy potrafią – zapewne wiedzeni chęcią pokazania własnego kunsztu – złamać melodyjnym wokalem a nawet pokusić się o coś na kształt ballady („Damage Inside”). Żeby nie było – jest także kilka świetnych momentów – „Killers&Kings” czy miażdżący „Eyes of the Dead”. Wspomniałbym jeszcze o „Night of Long Knives”, gdyby nie pewne „zabiegi” wokalne, które mnie rozśmieszają.MH Band

Wnioski? Machine Head nagrało muzykę dla dziennikarzy z mainstream’owej prasy, bo ci dzięki „Bloodstone…” mogą odetchnąć z ulgą; oto ukazała się płyta, o której także oni mogą napisać, chwaląc się, że „metalu słuchają” i doceniają rozmach aranżacyjny. Problem w tym, że właśnie ów rozmach w przypadku nowej produkcji Machine Head uwiera, denerwuje a na koniec męczy. Gdyby ten grubo ponad godzinny album okroić do np. 40 minut, z tych smyczkowych bzdur zostawiając co najwyżej jakieś interludium, byłaby niezła płyta do katowania w samochodzie. Niestety, próba stworzenia dzieła monumentalnego zaowocowała zatykającym jelita betonem, którego w jednej dawce raczej nie da się strawić. Niemniej – gratulacje za ambitne podejście do dziedzictwa ciężkiej muzyki i metalu w ogóle. Następnym razem więcej powściągliwości poproszę a dzisiaj bez oceny.

Arek Lerch