LUMBAR – The First and Last Days of Unwelcome (Southern Lord)

Lumbar to kolejna supergrupa, w której zebrało się paru gości narzekających widać na nadmiar wolnego czasu. Tym razem jednak, wbrew częstym w takich przypadkach próbom tworzenia muzyki łatwej i przyjemnej, kwartet proponuje coś, co nazwać można jedynie mentalnymi torturami, bez taryfy ulgowej.

Często zastanawiam się nad losem muzyków, którzy mieli jakiś czas temu swoje pięć minut. Niestety, bardzo często kończą oni raczej słabo – albo pod ziemią, albo w zapomnieniu. Biznes jest kapryśny i ciągle poszukuje nowych talentów, dreszczyku emocji, wreszcie kasy. Wracając jednak do wątku wspomnieniowego; był sobie kiedyś zespół TAD. Głośno zrobiło się o nim w czasach grunge’owej rewolucji. Niestety, kariery nie zrobił, a jego szef, Tad Doyle raczej nie mógł liczyć na wprowadzenie do Hall of Fame, choć wagą słuszną dysponował (czy dysponuje nadal – nie wiem…). Z tamtych czasów pozostała niezła płyta „God’s Balls” (no klasyk, proszę państwa…), metalowo brzmiący „Inhaler”, próby jakichś reunionów oraz kołatający w głowie opis Tada jako osobnika, którego potężnie cielsko pobudzane było do życia „nienaturalną ilością prochów, Burbona i mięsa”. Idąc za tym cytatem, myślałem raczej, że ów partycypant niegdysiejszej, rockowej rewolty skończył w piachu albo jako niedołężny dziad, gdzieś w jakiejś amerykańskiej dziurze. Dlatego nieźle się zdziwiłem, jak zobaczyłem nazwisko tego pana na liście płac Lumbar. Fakt, na zdjęciu wygląda jak nobliwy stonerowiec, jednak po raz kolejny nie wróżę jego nowej formacji sukcesu. Warto też dodać, że obok mr. Doyle’a w zespole znaleźli się Aaron Edge znany min z Himsy i Mike Scheidt (YOB). Lumbar zatem emocji może i dostarcza, ale kasy raczej nie zarobi.

Słuchając krążka, doszedłem do wniosku, że dość ciężkie do strawienia dźwięki, proponowane swego czasu przez TAD, przy Lumbar brzmią jak ballady Ani Dąbrowskiej. Muzyka tego zespołu to nic innego jak upiorny, ociężały i odjechany doom metal. Bezpośrednia, monofoniczna produkcja, żółwiowy pałker, zgrzyty, niemal industrialne tła, dronowe zjazdy, jakimi posługuje się zespół, świadczą co najwyżej, że mamy do czynienia z całkiem przemyślaną propozycją, choć raczej nie mógłbym odpowiedzieć, do kogo też te „pieśni” są adresowane. Momentami grupa odjeżdża tak bardzo, że z niestrawnych dźwięków wnioskować można, iż chcieli stworzyć jakiś awangardowy kocioł, w którym wymieszali hałas z ociężałymi, nieznośnie surowymi bębnami, dodali trochę wokalnych zawodzeń i niepokojącego tła. Niepokój to zresztą słowo najlepiej krążek opisujące. Co wcale nie musi być w tym przypadku pozytywem.  Niestety, mimo szacunku dla artystów za ich niekomercyjną postawę, muszę powiedzieć, że Lumbar to rzecz, która raczej nie zdobędzie wielu zwolenników. Doceniam, cieszę się, że Doyle żyje i nadal ma ochotę tworzyć (nawiasem – okazuje się, że pogrywa także w całkiem sensownym bandzie Brothers of the Sonic Cloth…) , ale słuchał zbyt często „The First and Last Days of  Unwelcome” nie będę…

Arek Lerch 

Trzy