LNZNDRF – Lnzndrf (4AD/Sonic)

Płyta z gatunku “fajnych, ale niepotrzebnych” I nie chodzi wcale o jakość muzyki zawartej na dziwnie zatytułowanym krążku a raczej o fakt, że nie wiadomo, do kogo jest ta muzyka adresowana. Czy do fanów The National, może do tych co nabyli ostatni album Beirut czy może do zakochanych w transowej psychodelii? W zasadzie, ten problem jest być może największym atutem krążka, słusznie wydanego przez wytwórnię, od lat wspierającą każdego niezależnego i odpowiednio odjechanego artystę.

Sprawa jest prosta – trzech panów, dłubiących swoje na boku, po odfajkowaniu fuch w The National i Beirut. W tych zespołach grają w zasadzie piosenki, smutne, ale melodyjne, za to w ramach swojego solowego projektu mogą poszaleć i odlecieć w nieznane. Komfort polega na tym, że w zasadzie nikt niczego od nich nie oczekuje, nazwa grupy na szczęście nie eksponuje miejsca skąd przyszli, więc nie musimy na nic liczyć. Takie założenie sprzyja granej przez zespół muzyce, będącej mieszaniną transowych wycieczek w krainę psychodelii i space rocka, bez granic, początku i końca. Określenie swobodny lot w nieznane jest najlepszą definicją tej przyjemnej i raczej niezobowiązującej płyty.LNZNDRF (2)

Głównym szkieletem, spinającym nagrania jest improwizacja, choć może nie jest to odpowiednie słowo dla przemieszczających się względem siebie zwiewnych płaszczyzn dźwiękowych. Psychodeliczne rozedrganie uchwycone zostało podczas krótkiego jamu jaki miał miejsce w kościele w Cincinati. Powstało osiem fragmentów (nie piosenek, bo to w zasadzie wyrwane „zajawki”, trafiające na płytę), które musimy przyjąć w całości, bo analizowanie i ustawianie poszczególnych tematów obok siebie nie ma sensu. Jasne, że można tu wyłowić pewne fascynacje, np. klimat nowej fali w „Beneath the Black Sea” czy rozjechany synth pop w „Monument”, który po odpowiedniej obróbce i dodaniu kobiecego wokalu mógłby stać się dream popowym hiciorem. Muzycy nie odżegnują się też od swoich korzeni, stąd w „Samarra” znajdziemy zimny, post punkowy klimat, a nawet szczyptę hałasu. Wszystkie te rozmemłane, nakładające się na siebie mgliste tła są spięte zdyscyplinowaną pracą sekcji rytmicznej. Może nawet ciut za bardzo zdyscyplinowaną, bo lądującą momentami blisko granicy dzielącej trans od monotonii i to w zasadzie jedyny przytyk do tej sympatycznej produkcji. Często zadumanej (zawieszonej?), ale zawsze szczerej i spontanicznej. Może Lnzndrf niczego nowego nie odkrywa, ale zapewnia chwilkę sensownej rozrywki. Tylko tyle i aż tyle…

Arek Lerch

Cztery