LITURGY – The Ark Work (Thrill Jockey)

Senser? Rap metal. „Czarny Album”? Syf metal. Na takim podstawowym i „pozytywistycznie” budowanym poziomie operowali strażnicy tego co dobre i niepiękne w czasach gdy o muzyce metalowej opowiadało się, a nie czytało z ekranów. Przyszły internety, pojawili się black metalowi hipsterzy i ci, którzy całe to zjawisko „uchwycili”, a potem skrytykowali tych, którzy to wymyślili i skrytykowali. Czas przerwać ten krąg nienawiści i zanucić „Do serca przytul psa”.

Jeśli na wysokości poprzedniego albumu – „Aesthethica” mogłem jeszcze zżymać się na wysiloną próbę przełożenia black metalowej estetyki na weselsze tony i coś nieszkodliwie skrzeczącego pod liściem łopianu, tak tym razem Liturgy prezentuje się jako zespół, który po prostu przestał… próbować. „Okazało się”, że z blastów i gitarowych tremol powstało coś, co nie aspiruje, by czymś być, tylko jest. Owszem, z niby to black metalowego deszczu Liturgy wpadł pod rynnę gdzie pieni się Kayo Dot z miękką transowością „Coyote”, ale dzięki temu dźwięki nabrały większej swobody, która wreszcie pozwoliła zespołowi na wypracowanie własnej tożsamości. Dowiedziałem się przy tym, że black metal bierze swoje początki od Lucifer’s Friend i Amon Duul, i takie eleganckie wybrnięcie z wyrzucenia Venom i Mayhem z kart black metalowej historii spodobało mi się. Tanio brzmiące, software’owe fanfary, dzwony, dzwoneczki, sakralizują muzykę, która w klimacie psychodelicznego, wiejskiego odpustu przyjemnie zderza się z miejskim zgiełkiem zabieganych gitar i perkusji. Tak amerykańska cepelia odpowiada na europejski, symfoniczny black metal, usuwa makiety świętych i na ich miejsce znosi wzmacniacze. To nic bluźnierczego, biorąc pod uwagę, że świątynię prowizorycznie zainstalowano na sali gimnastycznej jakiejś szkoły. Ot, cała Ameryka, jej „you can”, dream pop i nieczułość na europejskie poszanowanie klasycznej melodii.Liturgy

Wszyscy zebrani na sali synkopują. Wieśniacy z mieszczanami nie mogą spokojnie ustać w tym alternatywnym kościele, ale póki co, nikt po mordzie nie bije. Kilku osobom udaje się znaleźć w zakrystii egzemplarz płyty „Third” Soft Machine. Taka hostia godzi wspólnotę, a to coś spod łopianu wraca do swojej sadzawki. W jego miejsce pojawia się człowiek. Bez znaków właściwych dla wokalisty, coś nuci, albo wzorując się na Noah Lennox’ie z Panda Bear, albo nie umiejąc śpiewać w ogóle.

Nie jestem w stanie zakwestionować pomysłu „The Ark Work” na siebie; jej zgodności z obecnymi trendami, a przy tym uzyskanej oryginalności i urokliwego ciepła, które rzuca myślącej głowie wyzwanie. W muzycznym ekumenizmie Liturgy wszystkim zostało wybaczone, choć nikt o to nie prosił. Lykanie godzą się z Wampirami, reprezentacja Deafheaven z resztą starego świata, a słowo „hipster” odchodzi wraz z zejściem ostatniego dziennikarza muzycznego po 30-tce. Prędko to nie nastąpi, ale już teraz Liturgy powinno doczekać się uznania od tych, którym nie straszno słuchać dobrej muzyki, bez asekurowania swoich wyborów tym, co ludzie powiedzo. Bo podobno, jak wieści hasło z plakatu do pewnego filmu, „zło bierze się z gadania”. Ale bardziej z pisania.

Kuba Kolan

Cztery