LINCZ – Pogubieni Ludzie

Polski prog metal, albo jak kto woli, djent, przeżywa prawdziwy rozkwit. O tym, czy to dobry moment może innym razem; tak czy owak, cieszę się, że rosną nam na krajowym gruncie perełki z aspiracjami. Jednym z zespołów, który dołącza do na razie niedużego, ale zaskakująco profesjonalnego grona jest poznański Lincz. Swoją drogą, stolica wielkopolski to jedna z ostoi nowoczesnego grania i nie zapowiada się aby ten stan rzeczy miał ulec zmianie. Stosunkowo młoda formacja przeszła długą, można by rzec, wyboistą drogę od prób gry nu-metalu/metalcore’a aż po dzisiejszą, najlepszą i perspektywiczną inkarnację. Nie ukrywam, trzymam kciuki za ten zespół, bo równie nieoczekiwanie jak pojawili się „Pogubieni Ludzie”, tak szybko zapałałem entuzjazmem do tego materiału, a może nawet, po dłuższej przerwie,  polskiej (około metalcore’owej)  sceny w ogóle.

O ile przeważnie w recenzjach pomijam kwestie światopoglądowe czy myśl przewodnią towarzyszącą danej płycie (głównie ze względu na bariery językowe), tak w przypadku nowego mini Linczu nie mogę przejść obok tematu zupełnie obojętnie. Wiele wersów zawartych w tych kompozycjach, choć nierzadko odwołujących się do samego Boga, ma swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. Kwestie uchodźców, rozłąki matek z dziećmi, bolączek ciała i zmęczonej szarą codziennością duszy to zawsze aktualny temat, ale wcale niełatwy do opisu, zwłaszcza w metalu. Im więcej tutaj inteligentnych treści, tym bardziej Lincz zyskuje w moich oczach. Niestety, sama forma liryczna do poprawy, ale jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, iż za niemal całość (muzyka, koncept, słowa) odpowiedzialny jest gitarzysta Łukasz Wójcik – cóż, chylę czoła, ale chciałbym aby nie spoczął na laurach i popracował nad warsztatem, bo patrząc przez pryzmat najlepszego na płycie „Rozsypane” – ma smykałkę do pisania zapamiętywalnych wersów w ojczystym języku.LINCZ

Niestety, „Pogubieni Ludzie” mają jedną, aczkolwiek zasadniczą wadę. Choć sound kręcony był w ostoi polskiego metalcore’a, prawdziwym bastionie tej muzyki – czyli Aurora Studio, brakuje mi tu (a czego się nie spodziewałem) bardziej masywnego brzmienia, może nawet nieco bardziej plastikowego, bliższego produkcjom pokroju Fit for A King. Oczywiście, kosztem selektywności, co ostatecznie mogłoby się odbić na jakości samego materiału, gdyż wbrew pozorom (a do czego lider się nie przyznaje) jest tu sporo technicznych popisów, które wymagają odpowiedniej uwagi. Poza tym, jedna z fajniejszych ep-ek jakie słyszałem w ostatnim czasie. Zwłaszcza z Polski, i zwłaszcza w mocno wyeksploatowanej stylistyce. Zagrana, zaśpiewana z pomysłem i potencjałem na to, aby uderzyć na większe sceny niż Cieszanów Rock Festival.

Grzegorz Pindor

Cztery