LiN – Rad

„Rad” to płyta wypełniona muzyką kompletnie niemodną i niedzisiejszą, brzmiącą, jakby została nagrana przez gości, którzy przez co najmniej trzydzieści lat nie mieli kontaktu ze współczesnym światem. Lub – to też całkiem prawdopodobne – po prostu mieli go gdzieś. W każdym razie, niezależnie już od powodu, to właśnie ten oldschool jest chyba największą zaletą debiutu LiN.

Wyobraźcie sobie Tangerine Dream zderzone z Pink Floyd z okresu „Meddle” czy „Atom Heart Mother”, rozkwaszone przez typowo psychodeliczne wycieczki, mające mniej więcej tyle samo wspólnego z popem, co z rockiem progresywnym, otoczone dodatkowo przez space rockową mgiełkę i zamykające się czasem ze studentami w garażu. No, tak w skrócie brzmi „Rad”. Estetyka LiN oparta jest w głównej mierze na grze syntezatorów, ale wcale nie mniejszą rolę odgrywają dość wyraziste partie gitar. Czasem – jak w „Hator” czy „Dreszczu” – gorzowskie trio przedstawia oblicze najbliższe temu, co zwykło określać się mianem typowego rockowego zespołu, chyba po to tylko, by w „Warczyszkle” czy „Gra-nic” uciec się do niemal dream popowej atmosfery. Cechą charakterystyczną „Rad” jest nieustanne drażnienie uszu oldschoolowymi syntezatorami, niemal żywcem wyjętymi z „Rubycon” czy „Oxygene”. To właśnie te fascynacje są najbardziej wyraźne, nawet jeśli zespół próbuje to przełamać typowo piosenkowymi strukturami. To kolejny duży atut tego krążka – z jednej strony jest on całkiem chwytliwy, z drugiej na tyle „trippy”, że niepostrzeżenie zabiera w niemal narkotykową wycieczkę. Prawdę mówiąc jedyne, co nieco mi przeszkadza, to chyba zbyt wyeksponowane partie wokalne, które – zwłaszcza w towarzystwie bardziej gitarowych aranży – lekko irytują. Z drugiej strony, gdy LiN łagodzi brzmienie, koegzystują one z muzyką dużo mniej boleśnie.Band

Jakkolwiek trudno patrzeć na tę płytę inaczej niż jak na swego rodzaju podróż sentymentalną, słuchanie „Rad” dostarcza sporo przyjemności. Jest to płyta nieco naiwna i tak jak wspominałem bardzo niedzisiejsza, ale przy tym mocno rozmarzona, z fajnym wyczuciem melodii i mimo natłoku dziwnych dźwięków trzymająca wyraźny groove. Nawet jeśli poszczególne inspiracje nie są wcale trudne do wychwycenia, jako całość „Rad” jest spójny i wcale nie aż tak wtórny, jakby się początkowo mogło wydawać. Najbardziej podoba mi się jednak to, że to album, który podoba się też samym jego twórcom. Słychać w tym jakąś radość – także wtedy, gdy LiN odpuszcza kwaśny lot na rzecz nieco mroczniejszego oblicza. Przynajmniej ja tym gościom wierzę, naprawdę.

Michał Fryga

Zdjęcie: Daniel Aua Adamski

Cztery