LIIMA – 1982 (City Slang)

Trudno w dzisiejszym świecie o optymizm. Żeby takowego doświadczyć, trzeba być chyba desperatem albo odludkiem, co niespecjalnie orientuje się gdzie żyje. Wszystko goni na złamanie karku, ciągle towarzyszy nam poczucie zagrożenia, być może dlatego takie płyty jak „1982” sprawiają człowiekowi ogromną przyjemność, choć z technicznego punktu widzenia nie przynoszą niczego nowego. I może o to chodzi…

Liima to duńsko-fińska kolaboracja, projekt, który w ubiegłym roku popisał się płytą „ii”. Świata nie zmieniła, ale spowodowała, że zapamiętałem egzotyczną nazwę i kiedy na horyzoncie pojawiła się zapowiedź „1982” niecierpliwie czekałem na ten materiał. Opłacało się; zespół nie wykonał jakiegoś gigantycznego skoku, ot, dopracował wątki znane z „ii”, upraszczając i jeszcze bardziej skupiając się na klimacie. To był zdecydowanie dobry krok, bo płyta przynosi prawdziwie relaksacyjną muzykę, choć należy też dodać, że nikt tu nie odkrywa nowych światów, raczej sprawnie żongluje znanymi wątkami. Pewnym drogowskazem jest oczywiście tytuł albumu, choć jeśli ktoś liczy na rzeczywiste nawiązanie do brzmień tamtych czasów, może się rozczarować. Zespół inspiruje się wspomnianą dekadą, ale raczej spogląda na nią przez pryzmat upływającego czasu, szukając swojego miejsca na ziemi. Ot, takie bajanie. Zaś sama muzyka jest stworzona jak najbardziej tu i teraz, choć uważne ucho wychwyci parę smaczków sprzed lat.Liima by Rasmus WengKarlsen

Kiedy słucham tej płyty, przychodzą mi do głowy różne dziwne określenia, taki mały kalejdoskop – avant pop, retro gaze, dreamdelica czy art pop. Jedna głupsza od drugiej, szukając jednak wspólnego mianownika dla tych ośmiu kompozycji, najwłaściwszy będzie artystowski pop. Miękka produkcja, bardzo dobre melodie z gatunku tych mało nachalnych, wreszcie niesamowity klimat, kierujący myśli w stronę lekkiego shoegaze i ostatnie, ważne słowo – wspomniany optymizm. Tak pogodnej, choć także leciutko nostalgicznej płyty ze świecą szukać. Sygnalizowane uproszczenie aranżacji i skupienie się na  konkretnych dźwiękach zaowocowało kilkoma świetnymi numerami – smakowicie wypada piękny „Life is Dangerous”, do ucha lepi się lekko podrasowany, „jarre’owy” temat  „2-Hearted” a jeśli Ridley Scott szukałby muzyki do finału „Blade Runnera”, jako podkład mógłby wykorzystać np. pierwszą część utworu „David Copperfield”. Skoro ocieramy się o klimatyczny retro pop, na takie miano na pewno zasługuje „Kirby’s Dream Land”, lekka nostalgia spowija też numer tytułowy. Nie kumam za to blisko siedmiominutowej ciszy, dzielącej na dwie części wieńczący płytę „My Minds Yours”. Zabieg zdecydowanie niepotrzebny.

Liima przeskoczyła swój intrygujący debiut, nabrała ogłady i swoistej powagi. Paradoksalnie, jeśli coś zaskakuje to zmiana wydawcy, bo nowa płyta dużo bardziej niż poprzedniczka pasuje stylistyką do 4AD. Ale to tylko mały detal.

Arek Lerch

Pięć