LIGHT YOUR ANCHOR – Hopesick (Let It Burn Records)

Mój pierwszy kontakt z niemieckim Light Your Anchor należał do ekscytujących. Oto, w Niemczech, kraju, który słynie albo z topornego thrash/death’owego łojenia lub z heavy power i prymitywnego beatdownu, wreszcie, obok mocno lubianego przeze mnie Together, wyrasta nowy, melodyjny hardcore’owy twór. Po prostu, najbardziej dosadnie rzecz ujmując, kapela łącząca w sobie melodie a’la Comeback Kid, groove Billy The Kid oraz ciężar – żeby daleko nie szukać – The Ghost Inside.

Brzmi dobrze? Jak najbardziej. Jest jednak jeden mankament. Materiał zawarty na debiutanckim albumie Niemców, niestety, ale na dłuższą metę nuży. Jednostajność w tym gatunku jest najgorszą wadą. Na całe szczęście nie są w tym osamotnieni, bo próżno szukać u innych kapel samych wspaniałych kompozycji. „Hopesick” mimo grania „na jedno kopyto”, broni się po pierwsze: świetnym brzmieniem, po drugie: fajnymi i super łatwo zapamiętywanymi melodiami, a po trzecie: featuringiem frontmana z Liferuiner. To ostatnie to w zasadzie żart, aczkolwiek, czy to u Austriaków z ShowYourTeeth czy właśnie u Niemców z Light Your Anchor, za każdym razem track, w którym pojawia się OG staje się murowanym hitem – jednakże nie deklasującym reszty utworów; ot, po prostu, można z miejsca wybrać jeden reprezentatywny numer dla całości wydawnictwa.

W trakcie odsłuchu „Hopesick” zwróćcie uwagę na pracę sekcji rytmicznej. Przeważnie w takim graniu nie jest to szczególnie wyróżniający się element; zazwyczaj, z racji na mocno punkową grę – prostą, ale wymowną. Tutaj zarówno basista jak i perkusista grają znacznie bardziej metalowo, co niektórych zwolenników gatunku może zniechęcić. W moim przypadku nie ma o tym mowy. To samo tyczy się wokalu frontmana Light Your Anchor. Generalnie, z braku laku, tym, którzy nie śledzili tegorocznych wydawnictw z gatunku melodyjnego hc – rzecz godna polecenia, ale prawdopodobnie w natłoku premier szybko pójdzie w odstawkę.

Grzegorz „Chain” Pindor

Trzy i pół