LICHO – Pogrzeb w karczmie (Devoted Art Propaganda/Malignant Voices)

Licho nie śpi. Po demo i splicie z Duszę Wypuścił, nagrało w końcu pełny album. Według dawnych wierzeń słowiańskich, licho to stwór nieskory do ukazywania się ludziom, który szukał miejsc szczęśliwych, by wnieść doń niepokój, głód, biedę i choroby. Zazwyczaj po osiągnięciu takiego celu odchodziło, jeśli jednak zdecydowało pozostać, męczyło człowieka, który był wobec niego bezradny i mógł jedynie czekać, aż samo zdecyduje odejść. Posiadając tę minimalną wiedzę, można wnioskować, że nazwa projektu nie została wybrana przypadkowo. Otóż muzyczny twór, jakim jest Licho, może wywołać podobne skutki. Niewielu sięgnie po nowe dzieło tegoż, ale jeśli już to zrobi i poświęci mu choć trochę uwagi, będzie go ono męczyć, dręczyć, nękać i wiercić dziury w głowie. Dlaczego? Dlatego, że dostajemy porcję dźwięków nieskomplikowanych, ale trudno przyswajalnych, niepopularnych, jednak na swój sposób urokliwych.

Niech to Licho! – chciało by się krzyknąć, kiedy w magnetofonie kręci się taśma sprezentowana niedawno przez Devoted Art Propaganda. Twór to dość dziwaczny i kontrowersyjny, a więc w domyśle na tyle dla mnie ciekawy, aby przyjrzeć i przysłuchać się tym leśno-karczmianym opowieściom. Najnowsze wydawnictwo zatytułowane „Pogrzeb w karczmie” zostało okraszone wywołującą uśmiech łatką „Twardowski black metal”. Pierwszy człon odnosi się oczywiście do naszego rodzimego Fausta i jego igraszek z diabłem, co w kontekście (całkiem dobrych) tekstów jest jak najbardziej uzasadnione. Z kolei w przypadku nazwania tego czarnym metalem mamy doskonały przykład, jak pojemnym pojęciem ów termin jest. Gdyż powszechnie pojętego black metalu względnie nań niewiele, a jeśli już jest, odnosi się bardziej do obskurnej estetyki i złych mocy władających światem, niż do wrażeń dźwiękowych. Sprawca całego zamieszania – niejaki Szturpak, maluje nam muzyczne obrazy bardziej zielenią, od tej leśnej, żywej, wręcz jaskrawej, po brunatno-zgniłą zieleń trupich impresji, tu i ówdzie jedynie plamiąc czarnym kleksem. W erze „hipsterskiego black metalu”, kiedy to zespoły prześcigają się w dopieszczaniu swoich tworów, w pompowaniu ich ideologią, majestatem, rozczulając się nad aranżami i każdym dźwiękiem, byleby uzyskać pożądaną oryginalność, Licho jawi się jako antyteza wszystkiego, do czego wspomniany, współczesny black metal dąży (o ile oczywiście przyjmiemy, że to jednak black metal), a mimo to jest w tym spora doza oryginalności. Licho robi (milowy) krok wstecz, serwując nam dźwięki, które można by śmiało nazwać prymitywnymi, choć prymitywizm w tym przypadku jest ich niekwestionowaną zaletą.lho_viol_1

Ale do rzeczy. „Pogrzeb w karczmie” to „46 minut muzyki dla nikogo”, jak ogłoszone zostało w zapowiedziach. I przyznam szczerze, że nie czuję kompleksów z tytułu bycia nikim w tymże przypadku. Bo o dziwo są to dźwięki dość… przyjemne, przy których czas płynie zaskakująco szybko, odmierzany rytmem wisielczego poloneza. Przenosimy się w te wspomniane około trzy kwadranse w czasy trochę nam odległe, kiedy to dziadowie wędrowni raczyli nas swoimi balladami, w których zjawy, czarty i biesy były równie rzeczywiste w ludowej świadomości jak wszystkie realne sprawy, a karczma była centrum rozrywki, szlachta polska znana ze swej zadziorności i polska dusza wiecznie pijana. Groteskowa ekspresja łączy się z obskurną estetyką, melodia (momentami nawet skoczna) z lamentacyjnym skrzekiem, obłąkańczymi wokalizami, czy emocjonalną, teatralną, a chwilami infantylną wręcz melorecytacją. Akustyczne plumkania gitar przeplatają się z chwytliwymi akordami, a wszystko podane w prostej (nie mylić z prostacką) formie, choć momentami nie sposób odegnać od siebie wrażenia, że twór ten zbliża się do granic kiczu. Jest to jednak ten rodzaj kiczu, który towarzyszy nam od dawna, kicz ludowy, kulturowy, który jest nam bliski, chociaż zwykle wstydzimy się to przyznać. Gdzieniegdzie usłyszymy akordeon, gdzieniegdzie harmonijkę, momentami mantryczne lub marszowe rytmy, pogwizdywania i mnóstwo melodii, które zostają w głowie i po jakimś czasie można się złapać, że gdzieś pod kopułą czaszki odbija się któryś z wersów. „Jest coś magicznego” w tej abstrakcyjnej i alternatywnej wizji. Niektórzy silą się na porównania wskazując Peste Noire czy Joyless i można by rzeczywiście coś w tych próbach odnaleźć. Trzeba jednak założyć, że wspólny mianownik sprowadza się do sposobu ekspresji muzycznej i swobody twórczej, przy jednoczesnym nacisku na polskość, a nawet swojskość Licha. Moim zdaniem, bliżej temu (uwaga! będzie bolało) do poezji śpiewanej, czy dawnej muzyki ludowo-biesiadnej, podanej we współczesnej formie z garścią diabelskich wariacji. Jest w tym wszystkim spora dawka luzu, groteski, czarnego humoru i zabaw z czartem i biesem. Jeśli musiałabym znaleźć jakiś odnośnik muzyczny, bez namysłu wracam na nasze podwórko wskazując W~T~Z. Najlepiej zdaje mi się wyrażać intencję tego albumu fragment tekstu: „Ja! Człowiek żywy pośród zjaw. Ja się śmieję”, bo ewidentnie słychać, że jest to twórczość bardzo subiektywna, a autor całkiem nieźle się bawił udźwięczniając swoje opowieści właśnie taką stylistyką.

Warto też wspomnieć, że taśma została wydana w niemal ekskluzywny sposób. Piękny, czarny, skórzany slipcase z wytłoczoną nazwą – prawdziwy rarytas dla maniaków. Taśmy już niestety nie dostaniecie, ale dla wszystkich ciekawych co u Licha słychać, wieści dobre – końcem maja Malignant Voices wyda „Pogrzeb w karczmie” na krążku. Ja kupuję.

Justyna Bochenek

Cztery