LICHO – Podnoszenie Czarów (Malignant Voices)

Taka sytuacja: gdzieś w Trójmieście, na koncercie piosenki niepatriotycznej stoi sobie na zewnętrzu dwóch panów redaktorów, jeden prawdziwy, a drugi teoretyczny, i ćmi hipotetyczne papierosy. Tematem rozmowy jest nowy album Licha. – Ja tam im nie wierzę… – mówi kolega. – Ale że co, że taki black metal z ASP? – pytam. Obaj rechoczemy z mojego pysznego żartu. Kurtyna, sporadyczne oklaski, kilka gwizdów.

Problematyka wiary i niewiary w „szczerość” przekazu zespołów grających czarną  sztukę nie zaprząta mi głowy już od bardzo dawna. Znad laptopa zerkam na półkę z płytami, widzę albumy Revenge, Craft, Katharsis, Manticore, Förgjord, o mamo, naprawdę mam płytę Förgjord… Jeśli zaufać autentyczności tych wesołych ansambli, to żaden z nich i tak nie byłby zadowolony z takiego fana jak ja, więc co mi tam za różnica. Z debiutanckim ujawnieniem Licha miałem taki problem, że nawet nie doszedłem do punktu, w którym zastanawiałbym się, czy to znachorzy nagrzmoceni bieluniem czy może jakiś eksperymentalny teatr, a może ktoś sobie robi jaja z, o ironio, pogrzebu. Z „Pogrzebu w karczmie” najfajniejszy był tytuł – ta płyta to checklista wszystkiego, co potrzebne, abym odbił się od muzyki jak piłka, absolutnie wszystko jest tu nie tak. Oczywiście taka formuła znalazła swoich fanów, i chwała im za to – ja uznałem, że poszanuję sobie z daleka, gdzie nic nie słychać. I tu wjeżdża „Podnoszenie czarów”, całe na biało.

Autorska wymowa Licha krzepnie i zaczyna wreszcie przypominać zwykły, nudny zespół jakich wiele. O dziwo, właśnielicho dzięki temu staje się to słuchalne, strawne i zachęcające do ponownej konsumpcji raz za razem. Tu z kolei odbije się każdy, kto cenił „Pogrzeb” za oryginalność – dla mnie jednak oryginalność za wszelką cenę nie ma sensu. „Podnoszenie czarów” ma jej pod dostatkiem nawet, jeśli ta muzyka wreszcie przypomina… muzykę. Pijany wid w karczmie zmienił się w teatralny statek pijany, na który zaokrętowała się dobra załoga, i wreszcie dowozi to przesłanie, które na „Pogrzebie” pogrzebała nieudolność i udziwniona formuła. Dzisiejsze Licho nie dość, że świetnie gra (proste, ale bardzo skuteczne i chwytające za kark riffy), to jeszcze znakomicie brzmi. Naprawdę, mam ochotę poświęcić cały ten wywód temu, jak fantastyczny, czysty i soczysty jest miks i mastering „Podnoszenia”, ten pięknie idący dołem bas, bębny, które brzmią jak bębny i lekko cofnięta gitara, która tzw. czad generuje samym graniem, a nie przegłośnieniem w montażu. Na to wszystko wokal Dominika, pokorniejszy i bardziej konwencjonalny niż ten Szturpaka, jest wreszcie odpowiednim wehikułem dla tekstów Licha, które lubiłbym już wcześniej, gdyby nie forma ich podania. Niech ktoś wyśle egzemplarz na adres Glenna Danziga, ja was bardzo proszę.

Czy ja wierzę temu Lichu? Wierzę, że są ludzie, którzy po prostu weszli w black metal w innym punkcie przecięcia niż ja, z innym bagażem doświadczeń i co innego mogło być akurat dla nich aktualne. Wierzę, że black metal to nie tylko Tsjuder i 1349, no chyba że ktoś nic innego nie lubi, to wtedy tylko. Wierzę sobie i wiem, że lubię „Podnoszenie czarów”, że fantastycznie mi się tej płyty słucha, a to dzięki „uczesaniu”, które nie równa się „kastracji”. Może więc warto przynajmniej spróbować się na „Podnoszenie” otworzyć, zatem szerzej głowy, bo kosmos nie wejdzie.

Bartosz Cieślak

Pięć