LIAM GALLAGHER – As You Were (Warner)

Brit-pop nie ma w sobie duszy, jest miałki. W muzyce chodzi o progres i innowacyjność. Gatunek ten nie oferuje nic wartościowego, jest regresywny – mówił w wywiadzie z Magazynem Gitarzysta słynny wróg tegoż gatunku, Jaz Coleman. Ja britpop lubię, kilka płyt bardzo, ale nawet sentyment do Oasis i wspomnienie chwil, w których zespół braci Gallagherów był jednym z moich ulubionych (dawno temu) nie potrafi zmusić mnie do spojrzenia na pierwsze, solowe dzieło Liama łaskawszym okiem. „As You Were” nie ma w sobie duszy, jest miałki. Oraz nudny i zachowawczy.

Liam nie przepada za tym chujem, idiotą, smutnym dupkiem czy też – o czym chciałby zapomnieć – swoim bratem, Noelem. Bracia obrzucają się wzajemnie inwektywami kiedy tylko mogą; nie trzeba chyba dodawać, że chętniej i z większym animuszem robi to były frontman Oasis. Noel rusza w trasę z U2? Liam mówi, że wolałby zjeść gówno niż wybrać się na koncert Bono i spółki. Dziennikarz pyta młodszego z braci o najgorszą rzecz, jaką ktokolwiek mu powiedział? Odpowiedź brzmi: „To ty jesteś Noel Gallagher?”. Nienawidzą się, ale jednocześnie nie potrafią tworzyć osobno. Albo – nie bardzo im to wychodzi. Żaden z albumów, które Gallagherowie nagrali po rozpadzie Oasis, nie dorównuje choćby „Standing On The Shoulder Of Giants” – najmniej udanej z płyt legendy britpopu. Jednakże ani Beady Eye, ani – tym bardziej – Noel Gallagher’s High Flying Birds nie nagrały nigdy krążka tak słabego jak „As You Were”. Liam

Tylko jedna kompozycja broni się od początku do końca – mam na myśli otwierający album utwór „Wall Of Glass”. To bardzo oasisowy numer, energetyczny, z wpadającą w ucho melodią i oszczędną aranżacją opierającą się na przesterowanej gitarze rzucającej w tle hałaśliwe kleksy. A potem… cóż, potem robi się nudno. Nawiązań do Oasis jest więcej – „For What It’s Worth” to „Don’t Look Back In Anger” i „Stand By Me” połączone ze sobą na szybko bez jakiegokolwiek ładu i składu: melodia ze zwrotki zamiast chwytać za serce, szybko zaczyna irytować. Podobnie jest z refrenem. Trochę ciekawiej robi się w drugiej połowie utworu – niestety, całkiem ciekawy motyw kończy się, zanim się na dobre zaczął. Granie pod Beatlesów też Liamowi nie wychodzi („Paper Crown”), słuchając kojarzącego się z Blur „Chinatown” zaczynamy tęsknić za krystalicznym głosem Damona Albarna, a kiedy docieramy do „Universal Gleam” (kolejny utwór, w którym nic się nie dzieje, za cholerę nie może się rozpędzić) mamy już wszystkiego dosyć i po prostu odpalamy „13”.

Większość utworów to takie pół-akustyczne pioseneczki. To irytujące, bo wszystkie zrobione są na podobnym schemacie; brakuje w nich elementu zaskoczenia, albo chociaż intrygującej, wpadającej w ucho melodii. To wszystko powoduje, że muzyka pozbawiona jest dynamiki. Nawet trochę cięższe „I Get By”, oparte zasadniczo na jednym „riffie”, nie powoduje we mnie choćby najmniejszej ekscytacji. Niestety, poza wspomnianym na początku „Wall Of Glass” nie ma tu ani jednego dobrego numeru. Pozytyw płynący z lektury „As You Were” widzę tylko jeden, jedyny: odświeżyłem sobie „Definitely Maybe”. „Cigarettes & Alcohol” to genialny numer.

Paweł Drabarek

jeden i pół