LEVIATHAN – Memento Mori/C’est la Vie (Thrashing Madness)

Thrashingmadnessowych wykopalisk polskiego metalu odsłona cholera wie która… Przyznam się szczerze, że część wznawianych przez Leszka płyt ma dla mnie wartość przede wszystkim kronikarsko-kolekcjonerską i nie jest tak, że wszystko co stare to lepsze. Są jednak takie perły, które warto było z lamusa wyciągnąć – Armagedon, Ghost, Scarecrow, Egzekuthor i najmniej znany z tej gromady, ale wciąż zacny wrocławski Leviathan. I choć bliżej im do pociesznej łobuzerki Scarecrow niż aspirujących do pierwszej ligi „Dead Condemation” i „The Lost of Mercy”, to duszy w tej mało oryginalnej muzyce jest na kopy.

Na płycie znajdują się bodaj wszystkie nagrania Leviathan, jakie zespół zarejestrował między 1989 a 1992 rokiem. Najlepiej wypada demo „Memento Mori” z 1990, idealnie realizujące założenia speed metalu. Dziś nikt już tak nie mówi, ale kiedyś połowa zespołów to grała. W praktyce chodzi o szybki, brudno zagrany metal na przecięciu popromiennej mutacji thrashu i death metalu w fazie embrionalnej. Leviathan pluje polskojęzycznym (duży plus na starcie) jadem według przepisu dwóch pierwszych płyt Kreator i debiutu Possessed, a nagranego tak, że współcześni kataniarze wykąpaliby się w Agent Orange za podobne brzmienie. Co ciekawe, młodszy o dwa lata „C’est la vie” brzmi gorzej od swojego poprzednika, i też jest jakby trochę mniej fajny. Niby zespół lepiej radzi sobie z instrumentami, niby śmielej zerka w kierunku death metalu, ale pod tymi blastami nie ma już aż tyle fajnej neandertalsko-thrashowej energii, choć to wciąż niezły materiał. Może z wyjątkiem przyśpiewki o fioletowej wódce, no ale takie to czasy były. Płytę dopchano demem z 1989, które jest typowo piwniczne, ale jego wartość zasadza się raczej na dopełnieniu kompletnej dyskografii zebranej na jednym CD.Okładki

Nie będę ściemniał, że to wydawnictwo odkurza jakiś wybitny zespół, który skrzywdziła dziejowa niesprawiedliwość. W jakimś sensie Leviathan to kapela cięta z metra biorąc pod uwagę tamte czasy. Ale te czasy to również era świeżości gatunku, kiedy zespoły dopiero odkrywały, że tak można grać. Może i ślepy los rzucił ich we właściwy punkt kosmosu, może i jechali na cudzym paliwie i nigdy nie przebiliby się do pierwszej ligi, ale „Memento Mori” to sam w sobie świetny materiał, a dzisiejsi thrashowi rekonstruktorzy mogliby Leviathanom czyścić sofixy. C’est le vrai metal.

Bartosz Cieślak

Cztery